»2014 okiem redakcji – Jesiotr

Sty 10
komentarze 0

Przeczytałem ostatnio w Internetach, że jedną z najbardziej irytujących twórczości na Facebooku jest zamieszczanie na nim osobistych „podsumowań” minionego roku. Mam nadzieję, że te pięć:) osób, które czyta ten portal po niniejszej lekturze nie ucieknie w popłochu. Ale do rzeczy, czyli do gier.

W połowie marca wziąłem urlop na tydzień, bo do sklepów trafił Dark Souls II. Gra była (jest) genialna, ale… no właśnie. Dla Demon’s Souls kupiłem PS3 i wykręciłem na nim jakieś nienormalne ilości godzin, przechodziłem go trzy razy, w tym dwa na New Game ++. Co zresztą najprawdopodobniej stało się przyczyną zajechania napędu Blu-ray, dlatego też na jakiejś wyprzedaży za 30 zł kupiłem wersję cyfrową, która już nie mieli napędem (notabene save’y z wersji pudełkowej i cyfrowej nie są kompatybilne, jakby się ktoś pytał). Wracając do Dark Souls – niemal zawsze powtarzane jest, że to duchowy następca Demon’s. Otóż według mnie jednak tego „ducha” nie udało się From Software przenieść z Demona na Dark. Wszystko inne jest niemal copy-paste, ale tego nieuchwytnego klimatu już raczej tam nie znalazłem. Liczyłem, że wróci w drugiej części Dark. Nie wrócił i co gorsza rozrzedzono jeszcze bardziej ten gęsty feeling Demona, ale być może to z powodu tego, że główny „magik” Soulsów, czyli Hidetaka Miyazaki już nie tworzył sequela, bo był zajęty innym projektem (czyli Bloodbornem). Proszę wybaczyć te narzekania – pierwszy i drugi Dark Souls to produkcje rewelacyjne, ale odpalając je chyba liczyłem na kontynuację Demon’s i zawsze lekko się zawodziłem, że to trochę inne gry. Ale może kiedyś (Sony – słyszysz mnie?!) się doczekam.

Dalej narzekam, ale i nadrabiam

W podobnym czasie co wspomniana kontynuacja produkcji From Software wydano trzecią część Final Fantasy XIII, czyli Lightning Returns. Jako że Dark Souls II miał u mnie najwyższy możliwy priorytet, to panna Błyskawica musiała poczekać. Niestety rzuciwszy okiem na pierwsze recenzje zwróciłem uwagę na jeden z ficzerów tej gry, mianowicie licznik czasu. Włos zjeżył mi się na plecach, boć to jest to, czego autentycznie nienawidzę w grach. Jakakolwiek presja czasu jest dla mnie bezapelacyjnie i nieodwołalnie dyskwalifikująca. Kiedyś może zagram, gdy będzie w promocji za równowartość piwa.

Poprzedni rok był również u mnie rokiem nadrabiania zaległości, a mianowicie serii Tales of. Zacząłem w 2013 bodaj Graces f, w zeszłym roku poprawiłem pierwszą Xillią i odświeżoną Symphonią, by w końcu polec na 20 godzinie Tales of Xillia 2. Po prostu przedawkowałem. Seria jest bardzo dobra, niemal każda część trzyma pewien poziom (patrzę na ciebie Final Fantasy), ale musiałem chwilowo ją odłożyć, bo trochę zemdliło. Niemniej jednak czekam na „pożegnalną” z PS3 część, czyli Zestirię, która ma jakoś niedługo trafić na rynek japoński, czyli zgodnie z niefajną tradycją za rok, czy dwa na „Zachód”.

PC to też platforma

Japończycy w końcu zauważyli, że PC to nie tylko pornosy, czy visual novel. Na Steam posypały się iście hurtowo konwersje jRPG-ów z widokami na dalszą kontynuację tego trendu. Tak trzymać bracia z KKW, bo komputer to dobra platforma do gier, a i tych mitycznych piratów jak widać nie trzeba było się aż tak obawiać (no bo w końcu zapowiedź kolejnych Finali w dystrybucji made in Valve oznacza, że hajs z poprzednich części się zgadza?). A propos forsy. Sony odwiedziło dobrego lekarza od głowy, który przepisał im odpowiednie proszki, bo choć co prawda premierowe ceny gier na PS Store nadal potrafią wydłubać oczy, to jednak stosunkowo szybko (w porównaniu do lat poprzednich) trafiają do jakiś okolicznościowych przecen i to takich solidnych, znanych dotychczas z PeCetów. Idźcie tą drogą! A tak lekko zbaczając z tematu – już wiem dlaczego Steamowa wersja FF XIII waży 60 GB. Kupiłem ją, mimo że mam na PS3 (nie wiem po co, może dlatego, że była za 5 euro?) i sprawdziłem zawartość folderów. Ten z nazwą „movie” ma prawie 40 GB, ot taka ciekawostka.

Pod koniec roku skusiłem się na mało znaną gierkę mało znanego producenta (Kokodawa Games), mianowicie Natural Doctrine. Na screenach wyglądało to nawet nieźle, ale okrutnie się od niej odbiłem. Lokacje jakieś takie pustawe i w ogóle wszystko tam koślawe, choć zapewne chodzi o to, że dostawałem spory łomot (to gra taktyczna) i nie umiem w nią grać. Może kiedyś jeszcze dam jej szansę.

Made in NieJapan

Z niejapońskich produkcji bardzo miło wspominam Divinity: Grzech Pierworodny. W starsze Divine Divinity zagrywałem się niesłychanie (ach ta muzyka), później było takie sobie Beyond, by nieco się zrehabilitować zacnym Divinity II. Najnowsza gra belgijskiego Lariana to perełka. Kto nie grał – polecam, bo to kawał świetnego kodu. Całkiem przyjemnie grało mi się w Might & Magic X: Legacy. Gdy skończyłem, zapragnąłem wrócić już dosłownie w retro klimaty i odpaliłem Wizardry 8. Trochę żałowałem, że zniszczyłem swoje wspomnienia, bo teraz produkcja ta wydała mi się strasznie szkaradna i pusta, choć mechanika dalej jest całkiem niezła.

Na premierę kupiłem Dragon Age: Inkwizycja. Tak jak się spodziewałem, z kanadyjskiego studia razem z Zeschnukiem i Muzyką odszedł też talent. Lubię pierwszego Dragon Age i pierwszego Mass Effecta. Później – według mnie – było coraz gorzej. Nie żeby były to złe gry, co to to nie – po prostu nie tego oczekuję od twórców Baldur’s Gate. Cała nadzieja w Pillars of Eternity i Torment: Tides of Numenera, które na moje kaprawe oko przywrócą cześć i chwałę wielkich RPG-ów z ery silnika Infinity. Jak dobrze pójdzie, to chociaż ta pierwsza gra zostanie wydana w tym roku.

Czekam i z zakupem PS4 zwlekam

Znowu wracając do „made in Japan” – wyczekuję jakiegoś RPG-a, który da mi pretekst, by kupić PS4. Od czasu zapowiedzi był nim Bloodborne, jednak Miyazaki zasiał we mnie niepokój implementacją broni palnej. Tak samo było z Risenem od Piranii. Póki była broń biała, było dobrze (pierwszy Risen był świetny) – gdy dołożyli pistolety i strzelby klimat „Gothica” szlag trafił (i te nieszczęsne „Karaiby” z piratami). Oby z Bloodborna nie zrobili shootera. Zapewne i tak zagram, ale raczej nie będzie to impuls do zakupu nowej konsoli Sony. No i ta „wiktoriańska Anglia”. Co im przeszkadzało Soulsowe „średniowiecze”? Narzekam i narzekam na From Software, ale co mam zrobić, skoro ja jak ten inżynier Mamoń z „Rejsu” Pasikowskiego: „Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. […] No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę?”. Z pewnym zaciekawieniem śledzę też Deep Down od Capcomu, które być może ujrzy światło dzienne w 2015 r., choć krzywo patrzę na łączenie futurystyki z dark fantasy. Trudno jednak grymasić, gdy nie ma widoków na kontynuację przekozackiego Dragon’s Dogma. Z drugiej strony jeden człek z developmentu na pytanie o sequel rzucił, że „na razie nie planują”, więc trzymam się kurczowo słowa „na razie”, bo kto wie, co będzie po skończeniu prac nad Deep Down?

Na XV odsłonę Final Fantasy zerkam nieufnie i podejrzliwie. Nie mam co do niej żadnych nadziei i oczekiwań. W Square Enix chyba już nie ma ludzi z talentem i pomysłem, a zostali sami księgowi i korpo-nadzorcy. Najlepsza ich gra od wielu lat, czyli Bravely Default na 3DSa, tak naprawdę zrobiona została przez wynajętych ludzi z Silicon Studio. Smutne to, bo dawno temu to właśnie panowie ze Square (wtedy jeszcze Square Soft) zarazili mnie miłością do jRPG-ów.

Ale furda tam korpo-molochy. Mistrzowie z Level-5 mają zamiar w tym roku wypuścić słitaśne i bajkowe Wonder Flick. Za to, że zrobili White Knight Chronicles, czy przepiękne Ni no Kuni mają u mnie otwarty duży kredyt zaufania. Czekam. No właśnie, chyba zawsze na coś czekam i to też ma swój jakiś urok.

Autor: Jesiotr
Data: 10 stycznia 2015, 00:50

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *