»Animachina – Relacja

Nie ukrywam, że od dłuższego czasu chciałem się ponownie wybrać na konwent do Bytomia, jednak zawsze uniemożliwiały mi zrealizowanie tegoż planu różne wypadki losowe… Szczerze liczyłem, że WWFF zorganizuje coś w okolicach stycznia/lutego, tak jak to robiło zwyczajowo. W tym roku było inaczej…

Zapytacie skąd wynikała ta chęć do ponownego przebrnięcia prawie 400 kilometrów do tego, mówiąc szczerze, niegrzeszącego urodą śląskiego miasta? Odpowiedź jest prosta. Project: Balcon 2011 był moim pierwszym konwentem mangowym. Na nim poznałem wiele osób, z którymi utrzymuję do dziś stały kontakt, na nim też zaczęła się moja przygoda z fandomem mangowym i intensywniejsze podróżowanie po Polsce na imprezy mangowe. Długo by go opisywać, jednakże byłoby to niesamowicie nieobiektywne z wiadomego powodu.

Trzy lata minęły, fandom się zmienił, ale też i same konwenty. Zmiany nie oszczędziły też Balconu, flagowej imprezy grupy We Work For Food dowodzonej przez Coacha i Dajmosa. Zrezygnowano nawet z nazwy samej imprezy na rzecz przedrostka, który został do niej doczepiony zeszłego roku. W rezultacie w lipcu wyjechałem do Bytomia nie na Balcon, lecz Animachinę. Organizatorzy zapewne chcą tym zasygnalizować, że drugim ważnym aspektem ich imprezy jest blok atrakcji poświęcony stricte zachodniemu komiksowi i animacji. To w głównej mierze zasługa ogromnej pracy i zaangażowania Kelena, który jest odpowiedzialny za salkę komiksowo-kreskówkową od paru ładnych lat. Jest to zdecydowanie zaletą, WWFF otwiera się na nowy target (komiksiarze) i przy okazji nakreśla indywidualny, oryginalny względem innych konwentów charakter imprezy. Coś co się wydaje być zalet… Oj, może o tym później.

Z moim wiernym towarzyszem podróży konwentowych, Ludkiem, dotarłem na teren miasta konwentowego niewiele przed godziną szóstą rano. Po zrobieniu podstawowych zakupów spożywczych, zwiedzaniu centrum Bytomia i wykonaniu tradycyjnego piwnego toastu „ZA BALCON!” ruszyliśmy w stronę szkoły, która w żargonie stałych bywalców konów WWFF-u zwana jest Hogwartem. Na miejscu zaskoczyła mnie jedna rzecz… O godzinie dziewiątej rano uświadczyłem maluteńką (!) kolejkę. Na Projekcie nie dane mi było być o poranku, lecz z galerii konwentowych zapamiętałem pokaźnej długości sznurek ludzi. Po sprawnej akredytacji (lecz muszę zaznaczyć, że „ pani przy komputerku” nie mogła znaleźć mojego nazwiska wśród przedstawicieli prasowych), udałem się do salki komiksowej, w której zostawiłem moje rzeczy. Chwilę później Kelen, koordynator salki, poprosił mnie, bym pomógł mu w wycinaniu ozdób na jej udekorowanie. Właśnie – było widać, że Wojtkowi i jego znajomym wyjątkowo zależało na prowadzeniu tej sali prelekcyjnej i wiele wysiłku włoży(ł/li) w jej organizację. Przy oknach wisiała wielka czarna folia (materiał?) z przyklejonymi logami serii animowanych z poprzedniej i obecnej dekady wraz z datami oryginalnej emisji (które to później okazały się być zapowiedzią tego, co będzie na prelekcji o kreskówkach z tamtego okresu), po drugiej stronie wielki kinowy stand reklamowy jednego z niedawno wypuszczonych Batmanów. Później także zawieszono równie ogromny kinowy plakat Spider-Mana (coby miłośnicy Marvela nie poczuli się pokrzywdzeni). Tak, właśnie w tej salce spędziłem najwięcej czasu i to wcale nie z powodu rzucającej się w oczy dekoracji! Niezwykle profesjonalnie, (ośmielę się użyć tego określenia) pieczołowicie przygotowane konkursy (ze świetnym patentem z tabelką excelową, na której widać, które pytania już zostały „zużyte”, a które są dostępne) i z jajem przeprowadzane prelekcje nie pozwalały mi nawet na chwilę opuścić tejże sali (na co dzień) lekcyjnej…

…ale obowiązki reporterskie do tego zmuszały, niestety. Dlatego też, zdecydowałem się odwiedzić oddalone o jakieś pół kilometra od conplace’u Bytomskie Centrum Kultury. A czemu tam? Otóż, w tym roku organizatorzy zdecydowali się zaprezentować mieszkańcom Bytomia, po co dziwnie poprzebierani ludzie przyjeżdżają do ich miasta co jakiś czas od ładnych paru lat. Znajdowała się tam specjalna salka prelekcyjna oraz odbywał się tam później cosplay. Pierwszym dla mnie problemem było oddalenie tegoż obiektu od samej szkoły konwentowej. Spacer w obie strony trochę zajmuje, w dodatku osoba nieobeznana w topografii miasta (mimo dołączonej mapki) może się zgubić. Spotkałem się jednak z opiniami osób często bywających na cosplay’ach, że przeniesienie tej (dla wielu) najważniejszej atrakcji do osobnego budynku było mimo odległości zdecydowaną zaletą. Drugim problemem było to, że ten de facto nie spełniał kompletnie swojej funkcji. W godzinach przedcosplay’owych widziałem tam tylko i wyłącznie konwentowiczów, a osoby bez identów i opasek mógłbym policzyć na palcach jednej ręki (możliwe, że sytuacja była diametralnie inna podczas prelekcji Dema, lecz nie było mnie na niej). Miała się tam też znajdować (wedle zapowiedzi) część stoisk wystawców. Nie zdołałem znaleźć ani jednego. Dla mnie zaś największym minusem tego budynku była jego wielkość. Kolejki na cosplay zaczynały się na schodach i powoli były rozładowywane. Nie potrafię sobie wyobrazić jakby to wyglądało przy frekwencji 1500+ (a tak bywało w latach poprzednich). Wedle organizatorów przybyło ok. 1000 osób. Nie chcę się tu kłócić, lecz na moje oko odwiedzających było gdzieś około 500-700. Być może się w tej kwestii mylę, proszę mnie tu poprawić. Kończąc już ten wywód: zdecydowaną zaletą BCK była oczywiście funkcjonująca tam klimatyzacja, która okazywała się zbawienna w ten niesamowicie upalny weekend.

Wśród innych atrakcji można było udać się na rozmowy z celebrytami internetowymi (Kobieta Ślimak, Dem), które odpuściłem sobie z prostego powodu: byłem już na nich na ostatnim Magnificonie. :P Można było też udać się na prelekcję dr. Pawła Dybały, nadwornego tłumacza mang JPF-u, który dzielił się z konwentowiczami swoimi niekiedy nadspodziewanie szczerymi wrażeniami ze (jak się okazało) żmudnej i wymagającej pracy, jaką jest tłumaczenie mang. Co ciekawe, można było go też spotkać na (jako uczestnika dyskusji) panelu o naszym „polskim ryneczku” (przy okazji pozdrowienia dla dwóch prowadzących płci żeńskiej tej naprawdę sympatycznie zorganizowanej atrakcji). Funkcjonowały także klasyczne dla konów mangowych salki: DDR, Rock Band, Ultra Star, konsolówka i inne. Wszystkie stały na standardowym (solidnym) poziomie, a chętnych do śpiewania/grania nie brakowało. Po raz kolejny zabrakło j-games roomu. Szkoda, wiele osób na to narzeka. Jeszcze wspomnę o sali konsolowej. Na większości konwentów spotkać mogłem jedynie standardowy zestaw konsol poprzedniej generacji (PS3 i X360) z okazjonalnym „występem gościnnym” PS4 i Wii (U). Tutaj zaś mile zaskoczył mnie eklektyczny dobór maszyn. Można było pograć między innymi na poczciwym szaraczku (PSX), czarnuli (PS2), ale także na kosteczce (GameCube).

Napomknę jeszcze o atrakcjach innych, aniżeli tych, o których wspomniałem wyżej. W zasadzie gdyby salki komiksowej nie było, to bym się strasznie nudził. Tak jak na konwentach MiOhi i Animatsuri ciężko jest mi znaleźć czas wolny i przemieszczam się co godzinę z salki do salki, tak tutaj zadziwiła mnie… banalność prelekcji. Większość z nich traktowało temat mangi i anime zdecydowanie zbyt powierzchownie (gdzie tu na przykład dyskusja o kończącym się wiosennym sezonie anime?), a w głównej mierze odgrzewano stare kotlety (Sailor Moon, Gainax, prelekcje Dera). Nie było żadnych prelekcji o świeżynkach z tego i poprzedniego sezonu chińskobajkowego… Być może to tylko moje jakieś szalenie wygórowane wymagania i spaczony gust, lecz spodziewałem się czegoś więcej po konwencie mangowym od grupy, która czuwa i działa w fandomie dłużej niż 10 lat.

W trakcie imprezy ciężko było mi się wyzbyć wrażenia, że orgowie jakby nie mogli się zdecydować, jaka jest tematyka ich konwentu. Czy były to właśnie komiksy/kreskówki, manga i anime, a może gry… W szkole panowała jedna wielka schizofrenia, którą nawet potwierdzały plakaty z dokonującymi dragonballowej fuzji Batmanem i Son Goku (i ten slogan: with all combined, we are Animachina… czy cuś). Ja rozumiem, że trzeba szukać nowego targetu dla swojej imprezy, ale w głównej mierze przyjeżdżają do Bytomia nadal mangowcy, a nie komiksiarze. Tak jak na Projekcie można było się bez trudu domyślić, że tematyką przewodnią były gry muzyczne/Super Sentai (i pochodne), tak tutaj byłem po prostu zdezorientowany.

Względem poprzednich lat zmienił się też układ sal. W auli, w której zwykle był organizowany cosplay, tym razem znajdowała się hala wystawców. W sumie dobry wybór, bo korytarze nie były pozapychane stoiskami okrążonymi chmarą ludzi, przez którą trzeba było się przeciskać. W sali, w której zwykle znaleźć można było konsolówkę znajdował się tzw. main, w którym odbywały się prelekcje i wykłady gości takich jak p. Paweł Dybała, czy Dudul. Znowu dobry wybór, gdyż sala jest dosyć duża i pojemna, zaś prelegenci mają dużą swobodę ze względu na wysoką katedrę dla nauczycieli. Na tym wszystkim ucierpiała sala konsolowa przeniesiona do dość ciasnej piwnicy.

Wypadałoby poruszyć także kwestię nagród za konkursy. Standardem na większości imprez krajowych jest stosowanie systemu punktów (bonów) za wygrane w konkursach i sklepików, w których można owe punkty wymienić na odpowiadające naszym upodobaniom nagrody. Nawet na tych najsłabszych, na których zdarzało mi się bywać (Daikon 2), tak tutaj uparcie (tradycyjnie?) wręczane były odgórnie przydzielone nagrody. Na konkursie wiedzy z Adventure Time bardzo zdziwił mnie widok, gdy jeden z orgów/koordów, przyniósł prowadzącemu na nagrodę jakąś mangową poduszkę i plakaty reklamujące siakąś książkę fantasy. Szczęście, że Kelen (dzięki swojej stałej współpracy z poznańskim sklepem komiksowym Multiversum), zafundował świeżutkie zeszyciki z przygodami Finna i Jake’a. Niestety nie wiem jak było w przypadku innych konkursów, ale w poprzednich latach zdarzały się sytuacje, gdy mój znajomy za udział w turnieju na Kinekcie dostał do wyboru filiżankę lub… książkę fantastyczną. Ośmielę się tu zaryzykować stwierdzeniem, że też tak mogło być i w tym roku (jeżeli się mylę, proszę mnie poprawić). Ale ta niewiedza nie zwalnia mnie z postawienia tezy, że niestety odgórne przydzielanie nagród to już prehistoria i wypadałoby, aby konwentowicze mieli wybór. Może się zdarzyć sytuacja, gdy po prostu dany osobnik nie będzie zadowolony z otrzymanej nagrody…

Ponarzekam też na informator, który otrzymałem na „akredytce”. Został on wykonany w formie rozkładanej broszury, w której opisano wszystkie prelekcje, zaproszonych gości… W zasadzie wszystko, co powinno się tam znajdować. Jest jednak jedno przeogromne „ale”: wszystko to wydrukowano przy użyciu baaaardzo małej czcionki, która zmniejszyła ogólną czytelność samej broszury na bardzo niski poziom. Na tyle niski, że ani razu z niej nie skorzystałem, gdy na standardowym konwencie (nawet nie mangowym, bo robię tak też i robili moi znajomi na Pyrkonie) często gęsto zaglądałem i zaczytywałem się w wydrukowanym w formie książki/książeczki informatorze. De facto korzystałem tylko z podręcznej rozpiski godzinowej i mapki (która była z kolei bardzo przydatna i czytelna).

Sam układ rozmieszczenia sal też doskwierał. Przydomek „Hogwart” przylgnął do szkoły budowlanej nie bez powodu. Jest bowiem dosyć rozległa i wysoka. Przez co przemieszczanie się z salki do salki wiązało się z ciągłym bieganiem w górę i w dół po schodach… co było dosyć uciążliwe, biorąc pod uwagę +30-to stopniowy żar za oknem. I nie jestem jedynym, który na to narzeka. Często mi o tym wspominały osoby, które częściej bywały na imprezach WWFF-u. Ja o tym przekonałem się na własnej skórze dopiero teraz (nie liczmy Projektu… pierwszy konwent, hehe).

Uprzedzam komentarze dot. braku relacji z cosplayu. Nie znam się na nim kompletnie, dlatego też mnie na nim nie było. A nawet gdybym był… to bym tylko napisał, że jacyś przebierańcy paradowali po scenie, a w przerwie prowadzący zapuszczał sucharami ze sceny. Please, excuse me.

Z dziennikarskiego obowiązku: kibelki były czyste i pachnące, a papieru toaletowego i mydełka nie brakowało. Helperzy nie obijali się i sprawnie sprzątali po konwentowiczach.

Przyszedł czas na podsumowanie. I to jest raczej ciężka sprawa. W salce komiksowej bawiłem się znakomicie (chylę jeszcze raz czoła przed Kelenem za jego niegasnący wysiłek i pasję, którą wkłada we wszystko co robi), zaś sam konwent oceniam… średnio. Dezorientująca konwencja, nowe rozwiązania, które tak naprawdę nie zdawały egzaminu (BCK), nieczytelna broszura, brak sklepiku konwentowego… Zastanawiam się, dokąd zmierza Balcon… tfu, Animachina! Tak jak na Project: Balcon 2011 czuć było, że jestem uczestnikiem jednej z ważniejszych imprez mangowych tamtego roku, tak tutaj można było odczuć, jakby flagowa impreza WWFF-u stała się po prostu konwentową niszą na naszym mangowym rynku. I nie mówię tego jakoś złośliwie, tak po prostu jest. Wśród wystawców nie mogłem znaleźć stoisk czołowych polskich wydawców mang, których widuję na większości imprez, które zaliczam w ciągu roku. Mam tu na myśli JPF (fakt, był Dybała, lecz samego stoiska już nie), Waneko, Studio JG, choćby głupiego Kotori nie spotkałem. NAWET moi znajomi, których po raz pierwszy spotkałem na Projekcie, z jakiegoś powodu zrezygnowali z okazjonalnego odwiedzania Bytomia (a niektórzy z nich jakichś kosmicznych odległości nie mają do przebrnięcia)… Sugerowałbym w tym miejscu organizatorom wyciągnąć jakieś wnioski i po prostu zastanowić się, czy aby kierunek, jaki obrali na tegorocznej Animachinie jest właściwy.

Autor: Dred
Data: 29 lipca 2014, 12:36

Komentarze na temat “Animachina – Relacja”

  1. Der napisał(a):

    No no. Bardzo zacna recenzja. Podoba mi się. Brawo. Zabrzmi to trochę pysznie, ale byłbym szczęśliwy, jeśli po B6 się ukazałaby się podobna jakościowo.

    A co do moich paneli… Pierwszą „Historię Animacji Japońskiej” prowadziłem już chyba w 2010.. Masakra. ^^

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *