»Animatsuri 2014 – Relacja

Konwenty ekipy Animatsuri zawsze darzyłem szczególnym sentymentem. Wszak to na Ecchiconie 3 rozpoczęła się moja przygoda z mangowymi konwentami, a od pierwszego Animatsuri wkręciłem się na dobre i co roku ten letni festiwal był dla mnie konwentem roku. Jak było tym razem? Czy impreza sprostała oczekiwaniom? Zapraszam do, mam nadzieję, ciekawej i wyczerpującej lektury.

Kolejka

Kolejka

Gdy zapowiedziano mafijną konwencję miałem mieszane uczucia. Nie było to nic nowego, motyw przewija się na konwentach od dosyć dawna i próbowało go już kilka ekip. Z drugiej strony warszawska grupa zawsze trzymała wysoki poziom swojej flagowej imprezy i można było mieć nadzieję, że pokażą coś ciekawego. Muszę ją tutaj bardzo pochwalić, że wciąż kultywuje zapomnianą sztukę robienia invitek. Jak zaczynałem jeździć na konwenty, to sporo ekip je robiło, z czasem to zanikło, a szkoda. Warto dodać, że organizatorzy w swoich filmikach umieścili kilka nawiązań do popularnej serii Yakuza, ot taki smaczek dla fanów.

Moja podróż rozpoczęła się chwilkę przed piątą rano po dwugodzinnej drzemce i o dziwo odbyła się bez zwyczajowych problemów typu opóźnienia komunikacyjne, znikająca trakcja, czy pożary. W stolicy zawitałem chwilkę przed dwunastą. Niestety nie skosztowałem pysznego kebaba przy dworcu, bo chciałem jak najszybciej pozbyć się bagażu, więc udałem się prosto na konwent. Na szczęście dojazd był bardzo prosty, niezależnie od tego jakim środkiem komunikacji by człowiek nie przyjechał. Również i tę część trasy pokonałem bez rewelacji, jak chociażby w zeszłym roku kierowca musiał zatrzymać autobus, bo jeden z pasażerów miał duże problemy z zachowaniem pionu, a wyrównanie z poziomem miał dosyć gwałtowne i resztę trasy musiałem pokonać pieszo. „To zaraz za zakrętem” usłyszałem wtedy. Kierowca nie kłamał, ale to „zaraz” miało z dwa kilometry. No, ale dosyć o zeszłym roku, istotne, że w tym nie było problemów.

Battle Arena

Battle Arena

Pod szkołą zjawiłem się koło trzynastej. Na terenie była już dosyć pokaźna kolejka, czy też raczej kilka, bo wężyków wychodzących ze szkoły widziałem trzy. Nie zagłębiałem się w to zbytnio i wkroczyłem dziarsko do budynku. Na szczęście trafiłem na tę rozgarniętą część obsługi i zostałem pokierowany do właściwej sali, którą co ciekawe ktoś oznaczył jako PIU room, którego w ogóle nie miało być na konwencie, ale mniejsza z tym.

Otrzymałem opaskę znakującą, że jestem już konwentowiczem, a niedługo potem pokaźnych rozmiarów plan atrakcji oraz budynku. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to zamiana miejscami kilku sal. Z początku mnie to irytowało, bo chodziłem po tej szkole na pamięć, ale z czasem się przyzwyczaiłem i myślę, że takie, a nie inne ułożenie było lepsze niż dotychczasowe.

Czas do rozpoczęcia konwentu wlókł mi się niemiłosiernie. Mając w zapasie kilka godzin do rozpoczęcia udałem się na zakupy. Na szczęście okolica obfituje w znaczną ilość sklepów i punktów gastronomicznych, aby nie paść z głodu jeśli komuś nie odpowiada to, co serwują na konwencie. Lokalizacji szkoły naprawdę nic nie można zarzucić.

No to wracamy do budynku, Animatsuri dawnym zwyczajem zaczęło wpuszczać ludzi szybciej, aby nikt nie czuł się poszkodowany utratą początkowych punktów programu. Mimo kilku problemów (awaria QR) szło to dosyć sprawnie i o godzinie 18 przed wejściem nie stała już ani jedna osoba. Szkoda tylko, że wydajnie obsługiwano tylko zwykłych uczestników. Jako posiadacz wejściówki specjalnej przemierzyć musiałem cała szkołę kilkukrotnie we wszystkich kierunkach, by upomnieć się o swoje. Z akredytacji odsyłano mnie do innego wejścia, na którym nie było nikogo od trzech godzin, przypadkowo napotykani ludzie z obsługi kierowali do informacji, ta z powrotem do akredytacji, czyli znowu nikt nic nie wie. Niestety taka sytuacja ma już miejsce kolejny konwent i trochę wstyd, że tak doświadczona ekipa ma problemy z tak podstawowymi rzeczami. Sytuacja powtórzyła się, gdy znajoma z Radio Anime 24 próbowała zdobyć swoją akredytację. Wieczorem jeszcze raz byłem ściągany na akredytację, bo znów kogoś nie odhaczono w systemie… Wiem, że jestem gruby i wypada zgubić kilka kilogramów, ale wolę to robić w ciekawszy sposób, niż ganiać po wszystkich piętrach. Dodam jeszcze, że przy którejś z wizyt na akredytacji otrzymałem konwentową przypinkę, identa (nikt nie wiedział jakiego mam dostać, więc wybrałem sobie VIP-a) oraz informator, kompletując tym samym niezbędnik konwentowicza.

Stoiska

Stoiska

Ci co zdobyli już swoją upragnioną wejściówkę mogli, a właściwie musieli zająć miejsce na sali gimnastycznej, która tymczasowo pełniła rolę obozu ucho… tj. wielkiego sleepa. Osobiście tam nie spałem, ale przechodziłem niejednokrotnie i powiem, że bywało ciaśniej. Zwolennicy nocowania w plenerze mieli do dyspozycji jeden wielki namiot do spania lub rozbicie własnego i z tej drugiej opcji skorzystało całkiem sporo osób. Nie brakowało oczywiście ludzi śpiących na korytarzu, dosyć często z własnego wyboru. Osobiście zająłem miejsce w sleepie twórców programu, jednej z nielicznych sal, gdzie nie latało tyle niezidentyfikowanego robactwa co w pozostałych. Do tej pory nie wiem co to było i chyba wolę nie wiedzieć.

Niedobór sal sypialnych organizacja rekompensowała ogromem sal z atrakcjami. Zacznijmy od parteru, tam czekała na nas sala z Rock Bandem prowadzona przez ekipę Wakou Rock Band, tuż obok mieściła się DDR-ka, niestety stan mat utrudniał sensowne granie (Recu wróć!). Bliżej wejścia mieściły się dwie konsolówki, jedna dla hardcorowych wyjadaczy bijatyk,  druga jak sama nazwa wskazuje chilloutowa, w której w międzyczasie zebrała się też spora grupka graczy w Osu!, by stworzyć swój kącik. Nie zabrakło też UltraStara, ale jego działanie zaobserwowałem tylko raz, gdyż zazwyczaj sala przeżywała takie oblężenie, że wolałem zostać na korytarzu.

UltraStar

UltraStar

Na pierwszym piętrze mieściły się trzy sale czysto panelowe, sala kreatywna, pokój miłośników azjatyckiej muzyki, tradycyjny już dla konwentów Animatsuri (i wielce przeze mnie lubiany) Gajdzin room oraz sala organizowana przez NiuCon Team. Również tutaj znajdowały się dwa pomieszczenia mające swoją niszę, czyli Warhammer room oraz J-Games room, dla fanów idealne. Dla mnie jako człowieka, którego wojenny młotek nie kręci wcale, a we wszelakie gry japońsko-chińsko-koreańsko-mongolsko-(wstaw dowolny kraj azjatycki) jestem zielony, to ograniczyłem się do dosłownie kilku wizyt, by sprawdzić, czy wszystko gra. Były jeszcze dwa istotne miejsca na piętrze, medycy oraz – i tu cytat z planu atrakcji – „przestrzeń noclegowa”. Nazwa mówi wszystko, niestety jakoś zapomniałem spytać kogoś, jak się spało w tym roku. Pamiętam, że w zeszłym potrafiło być chłodnawo.

Na najwyższym piętrze na konwentowiczów czekały dwie sale konkursowe, siedziby wszystkich rodzin klanu, blok fantastyki, planszówki i tłumnie oblegana informacja, gdzie można było doładować swój telefon, jakby nie można tego zrobić w sleepach… oh wait. Skoro o sleepach mowa, to tych na tym piętrze było zatrzęsienie… jak ktoś był z obsługi, wystawcą lub twórcą atrakcji. To tyle w kwestii atrakcji w budynku, na zewnątrz odbywały się one na scenie oraz na boisku. Niestety z powodu rzadkiego ułożenia planet (nie chciało mi się) na żadnej z atrakcji na świeżym powietrzu nie zjawiłem się. Widziałem jedynie z okna, że mimo deszczu odbywały się, tak więc widać, że pogoda mangowcom niestraszna.

Obóz uchodźców

Obóz uchodźców

Strawy dla ducha nie brakowało, ale człowiek jeść i pić też musi. Co przygotowało Animatsuri pod tym kątem? Na parterze był tradycyjny bufet, gdzie można było zakupić tosty, burgery, batoniki i wszelakiej maści napoje mniej lub bardziej gazowane i mniej lub bardziej pobudzające. Również na parterze (w sumie wygodniej byłoby nazywać to piwnicą, ale niech jest ten parter) mieściło się Wasabi Sushi. Ceny mieli całkiem niezłe, ale jakościowo byli przeciętni, a ich sushi potrafiło się rozpadać. Wiele osób narzekało też na ich wasabi, no cóż, zdarza się. Poziom wyżej czekała na nas znana z warszawskich konwentów Herada, niestety z mniejszym niż zwykle zestawem dań, oraz stoisko Taiyaki House serwujące słodycze. Zawitałem tam jeden raz, więc jeśli potem było lepiej to cóż, mój błąd. Na samej górze w sobotę obok supermarketu Yatty (o tym później) ekipa Yanka wystawiła kolejne stanowiska gdzie serwowano japońskie dania, niestety i tych nie dane mi było spróbować. Podobnież nie skosztowałem podobno pysznych naleśników z tego urokliwego trucka, skusiłem się za to na mięsko z grilla, było co wybierać, nie było też drogo, więc dla mięsożerców mojego pokroju jak znalazł.

Wielu konwentowiczów zainteresuje też kwestia stoisk. Powiem tak, jak byliście na Magni eXpo, to tutaj mogliście się poczuć zawiedzeni. Jeśli nie, to na Animatsuri były właściwie wszystkie największe i najistotniejsze stoiska, jakie możemy zazwyczaj spotkać na mangowych eventach. W skrócie bez rewelacji. Zdumiewało jedynie ogromne stoisko Yatty, które zajmowało przestrzeń, na której niegdyś mieściło się kilka stoisk. Po co takie gabaryty? Nie wiem, ale robiło wrażenie rozmachem.

Supermarket Yatty

Supermarket Yatty

Jeśli to co przeczytaliście do tej pory Wam wystarczy, to możecie zakończyć tutaj lekturę, jeśli interesują Was większe szczegóły i trochę ciekawostek, to zapraszam do dalszego czytania. Ostrzegam, jeszcze trochę tego będzie, ale myślę, że warto.

Jak już napisałem xxx akapitów temu, atrakcje zaczynały się o 18:00, chwilkę po tej godzinie jak na konwentowego weterana przystało udałem się na panel pt. „Twój pierwszy raz… na konwencie!” prowadzony przez Duo. Serio, polecam każdemu ten panel. Czy to faktycznie będzie Wasz pierwszy konwent, czy któryś tam, zawsze uzyskacie trochę przydatnych informacji i usłyszycie kilka ciekawych anegdotek. Sala jak zawsze była wypchana po brzegi, co skutecznie podbijało letnią temperaturę.

Mając trochę wolnego czasu do następnej interesującej mnie atrakcji postanowiłem pozwiedzać konwent, czego efektem jest kilka powyższych akapitów oraz rozmów ze spotkanymi znajomymi, ale one Was raczej nie interesują.

Przyszedł czas na atrakcję najpopularniejszego polskiego Azjaty, czyli Tuana. Był to kolejny konkurs screenowy z Marvela. Wiedziałem, że będzie mnóstwo trollowych obrazków i nie zawiodłem się. Skąd on je bierze? Nie mam pojęcia. Po tym wypalającym szare komórki konkursie do sali wkroczył Aranx ze swoimi, jak to ktoś nazwał w sieci, „panelami dla dresów”, czy jakoś tak. Cóż, każdy jego panel przyciągał sporo osób, a potem widziałem, że dyskusje były kontynuowane na korytarzu, więc najwidoczniej nie brakowało ludzi zainteresowanych tematem i co ciekawe było sporo przedstawicielek płci pięknej. Mało dresiarskie towarzystwo, nieprawdaż?

Zadowolony org

Zadowolony org

Zbliżała się noc, czy też właściwie już trwała, ale czekała mnie pierwsza z atrakcji, którą zakładałem, że wygram. Jak się później okazało jedyna, a na pozostałych zgarniałem srogie baty. Dlaczego poszło mi tak licho dowiedziałem się między innymi z ciekawego panelu pt. „Konkursy na konwencie – jak się do nich przygotować”, na który wpadłem jak już się obudziłem, ale nie uprzedzajmy faktów.

Przed snem warto pójść pod prysznic, szkoła miała cztery, w każdym po bodajże sześć kabin, już nie pamiętam dokładnie. udałem się do tego najbliżej akredytacji i niespodzianka, pusto. Podejrzewam, że przyczyną była kartka na drzwiach z wytłuszczonym napisem „Zakaz wstępu”, czy coś w ten deseń, pozostawiona jeszcze z okresu przyjmowania konwentowiczów. Podejrzewam, że ludzie nie czytali reszty tekstu na kartce i omijali pomieszczenie. Cóż, brak tłumów bynajmniej nie był moim problemem. Warto w tym miejscu wspomnieć o stanie łazienek etc. Na stan pryszniców nie narzekam, były ok. Łazienki prócz kilku zdezelowanych toalet też nie były najgorsze, brakowało niestety papierowych ręczników i to chyba jedyny minus na konto tzw. kibel commando. Po prysznicu udałem się na zasłużony spoczynek, którego dziadki w moim wieku potrzebują.

Deszcz nie przeszkadza

Deszcz nie przeszkadza

Wstałem, czy też raczej zaspałem na poranną atrakcję, czyli rozpoznawanie filmów po screenach. Załapałem się dosłownie na końcóweczkę i wyfarciłem te uwielbiane czwarte miejsce. Po konkursie udałem się na wspomnianą wcześniej prelekcję o tym, jak wygrywać konkursy. Prowadzący zaprezentował sporo ciekawych pomysłów, jak uczynić z uczestnika maszynę do wygrywania. Szkoda, że przyszło tak mało osób, a potem jest płacz, że wygrywają te same osoby…

Po wyczerpujących konwentowych zakupach udałem się na atrakcję prowadzoną przez Przybysza będącą dyskusją na temat wszelakich fandomów. Było całkiem ciekawie pomijając kilka panien z problemami na widowni, które widzę już na którymś z kolei fandomowym panelu. Szczególnie drażliwe są, gdy ktoś wypowiada się w temacie yaoistek i niech to będzie wystarczającą informacją. Po panelu przyszedł czas na konkurs fandomowy również prowadzony przez Przybysza. Pytania były całkiem wymagające, podobnie zdjęcia. Miło dla odmiany pójść na konkurs, który zazwyczaj się prowadziło na kilku ostatnich konwentach.

Chillout Room

Chillout Room

Po zdobyciu garści anijenów postanowiłem wreszcie je wydać, niestety sklepik mieszczący się w informacji był dosyć mizerny, te same kiepskie nagrody od xx konwentów, w dodatku część miała wyższe ceny niż zazwyczaj. Niestety czasami w Animatsuri rykoszetuje ich system waluty konwentowej ważnej na każdej imprezie, którą organizują. Wziąłem kilka tomików mang i ruszyłem zdobywać kolejne anijeny.

W międzyczasie ruszyło mnie dziennikarskie sumienie i poszedłem zainteresować się larpem konwentowym w myśl zasady „lepiej późno, niż wcale”. Usłyszałem od jednej z szych rodziny, którą wybrałem, że mają zwycięstwo praktycznie w garści oraz że niedługo koniec larpa (rychło w czas), więc przyjąłem tylko rodzinnego badża i wróciłem do konwentu. Następnego dnia dowiedziałem się, że jednak nie wygraliśmy, a dostaliśmy sromotny łomot. Cóż, takie było najwidoczniej moje fatum na tym konwencie. Ogólnie larp wydał mi się zbyt przekombinowany, chociaż możliwe, że gdybym siedział w nim od początku, to wkręciłbym się w klimat.

Bardzo ostrzyłem sobie ząbki na OST-ówkę grową, niestety dwa kawałki z Touhou zrzuciły mnie ze szczytu, no ale wygrał były towarzysz radiowy, więc wszystko zostało w rodzinie. W międzyczasie trwał cosplay, który tradycyjnie zignorowałem. Po zdjęciach i filmach wnioskuję, że szału nie było, no i pogoda też nie sprzyjała oglądaniu. Osobiście wyczekiwałem panelu o piłce nożnej w M&A, który miałem współprowadzić i który miał mieć pewną niespodziankę, którą była… transmisja meczu o trzecie miejsce mistrzostw świata. Tuż przed transmisją za oknem dało się słyszeć kanonadę – niestety na śmierć zapomniałem o pokazie fajerwerków, zobaczyłem z patio tylko połowę, ale było warto. Po fajerwerkach wróciłem do sali w celu raczenia się kolejnym pogromem wykonanym na Brazylii. Udało się nam zobaczyć pierwszą bramkę, a potem rozpoczęła się walka z internetem, niestety w pierwszej połowie przegrana (w tym miejscu dziękuję każdemu, który próbował odratować przekaz swoim internetem). Na drugą zjawił się Bojer i uratował transmisję. Mnie już wtedy nie było, gdyż udałem się podyskutować na temat najnowszej generacji konsol salę obok. W pewnym momencie usłyszałem potężną wrzawę i burzę oklasków. Od razu domyśliłem się, że Holandia zdobyła kolejną bramkę. Będąc półprzytomnym dotrwałem do dwóch kolejnych konkursów growych. Niestety przegrałem, a żeby było gorzej pokonał mnie mój największy rywal, więc ból tym większy. Stwierdziłem, że to już jest mój limit, więc udałem się na spoczynek.

Kolejne stoiska

Kolejne stoiska

Jak to bywa w niedzielę konwent już pustoszał. Spakowałem swój majdan i udałem się na kolejny fandomowy panel prowadzony przez Rogera. Jak to zwykle bywa na jego wykładach dowiedziałem się kilku ciekawostek z przeszłości, które zawsze mnie interesują. Niestety nie mogłem zostać do końca, gdyż komunikacja nie będzie czekać, podobnież jak finał mistrzostw świata. Pożegnałem się z kim zdołałem i udałem się w podróż powrotną.

Jak ocenić tegoroczne Animatsuri? Moim zdaniem zjazd w dół w porównaniu z poprzednimi edycjami. Duży wpływ na to miała pogoda, która pozbawiła Animatsuri tego klimatu radosnego letniego festiwalu, ale i sporo błędów, które tak doświadczona ekipa powinna już dawno wyplenić. Do tego kiepski sklepik z nagrodami, ale to ogólnokonwentowa tendencja. Z drugiej strony sal z atrakcjami było naprawdę sporo i jeśli ktoś narzekał, że nie znalazł nic dla siebie, to najzwyczajniej nie czytał planu przed konwentem i przyjechał na ślepo, ewentualnie na socjal. Program w moim mniemaniu był zróżnicowany i gdy teraz go czytam tak na spokojnie, to widzę, że jeszcze kilka ciekawych atrakcji mógłbym zaliczyć. Możliwe też, że gdybym bardziej zainteresował się larpem, to inaczej odbierałbym konwent. Może to już zmęczenie materiału i po ponad siedemdziesięciu odwiedzonych mangowych zlotach ciężko zaskoczyć mnie czymś nowym, a zwykły solidny konwent to za mało? Czytając opinie moich znajomych, które sobie cenię zauważyłem, że nie tylko ja miałem takie odczucia, wiec może faktycznie coś jest na rzeczy? Pozostaje czekać do przyszłego roku. Zobaczymy, czy Animatsuri odzyska mój prywatny tytuł „konwentu roku co roku”.

Pole namiotowe

Pole namiotowe

PS. Dziękuję w tym miejscu jednemu z członków ekipy – Kaminariemu, który dzielnie pomagał naprawiać moje patrzałki przeciwsłoneczne. Niestety naprawa była krótkotrwała, ale bardzo doceniam fakt, że ktoś poświęcił swój prywatny czas, aby wspomóc konwentowicza w potrzebie.

Dodatkowa galeria zdjęć z imprezy

Poniżej znajdziecie link do downloadu ważącej 1.3 GB galerii zdjęć autorstwa Artura Lorbieckiego (dziękujemy!). Drugi link pozwoli Wam obejrzeć te same zdjęcia na jego FB bez pobierania ich na dysk. Zdjęcia użyte w relacji wykonał autor tekstu.

Autor: CELL767
Data: 30 lipca 2014, 17:37

Komentarze na temat “Animatsuri 2014 – Relacja”

  1. lol napisał(a):

    „Zdumiewało jedynie ogromne stoisko Yatty, które zajmowało przestrzeń, na której niegdyś mieściło się kilka stoisk. Po co takie gabaryty? Nie wiem, ale robiło wrażenie rozmachem.”
    Przecież wszyscy znają bardzo dobre stosunki prezesów Animatsuri i Yatta… Zadałeś pytanie retoryczne ;)

    „Po zdobyciu garści anijenów postanowiłem wreszcie je wydać, niestety sklepik mieszczący się w informacji był dosyć mizerny, te same kiepskie nagrody od xx konwentów, w dodatku część miała wyższe ceny niż zazwyczaj.”
    Kiedyś nagrody w sklepikach na konwentach były dzięki wystawcom, którzy w ten sposób „płacili” za możliwość ustawienia stoiska. Aktualnie są to stare, używane rzeczy ekipy Animatsuri.

    • Guile napisał(a):

      Nadal dostajemy nagrody od stoisk, z którymi jesteśmy w dobrych stosunkach i także sporo nagród kupujemy, ale „dziwnym trafem” znikają one na początku konwentu. Czasem się zastanawiam, czy nie zostawiać wyjmowania nowości na moment, gdy minęła połowa konwentu, ale wtedy to też mogłoby nie rozwiązać problemu. Podyskutujemy sobie na ten temat na następnym stowarzyszeniowym spotkaniu.

  2. Mkali napisał(a):

    Piękna relacja! Jestem wzruszony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *