»Asphyxia – Recenzja (PC)

asphyxia_recenzja_1

Smutne, brytyjskie lesbijki.

Właściwie w tych słowach można by było zamknąć całą recenzję. Mamy bowiem do czynienia z grą, w której bohaterkami są homoseksualistki z Londynu. I one są, no, smutne. Ach, dodatkowo mamy jeszcze masę nawiązań do klasyki brytyjskiego romantyzmu i nie najgorszą oprawę audiowizualną. Tyle.

Na pytanie „po co?” szczerze odpowiadam: „nie wiem”.

Jeśli ktoś jeszcze nie wie – Asphyxia to brytyjska visual novelka, czyli znaczna część naszego zaangażowania w grę to klikanie i sporadyczne dokonywanie jakiegoś wyboru. Nie żeby samo to w sobie stanowiło coś złego.

Naszą główną bohaterką jest Samantha Taylor Coleridge, udręczona siedemnastolatka, której to wewnętrzne uniesienia będziemy obserwować w przeciągu najbliższych kilku godzin. Cierpi ona na niezauważenie ze strony Lillian – klasowej piękności, która jest równie śliczna, co chłodna. Kiedyś były przyjaciółkami, ale po pewnym feralnym, grudniowym popołudniu z ich relacji zostały tylko ochłapy, co doprowadza Sam do tego słynnego weltschmertzu. Czy podczas wycieczki szkolnej uda im się przywrócić dawne uczucie?

Mam nadzieję, że tak, bo może to by pomogło na wodolejstwo głównej bohaterki. Czytanie kolejnych i kolejnych linijek użalania się nad sobą, wzdychania do Lilly i typowego „doushiou?” dziewczynek z VN-ek przyprawia mnie samą o ból istnienia. Gra jest niesamowicie przegadana – i to nie jest tak, że sama styczność z tego typu grami i przewijaniem kolejnych zdań mnie nuży, po prostu wszystkie wewnętrzne przemyślenia i rozterki protagonistki sprawiają, że mam ochotę nie tyle naciskać spację, żeby przewinąć tekst, co uderzać w nią tak szybko, żeby w miarę bezboleśnie dojść do końca historii.

asphyxia_recenzja_2

Niestety nawet same zakończenia nie są specjalnie interesujące. Każde z nich dotyczy innej dziewczynki, bo oprócz naszej ślicznej Lillian mamy Robertę, przyjaciółkę Sam z dzieciństwa, De Quincy, głupiutką i kolorową dziewoję, niesamowicie irytującą Gregorię i w miarę opanowaną Persefonę. Różni je charakter, a z jakiegoś powodu łączą kręcone włosy i grube usta, które to posiadają prawie wszystkie bohaterki. Poszczególne zakończenia dają nam okazję do zrozumienia ich lepiej, albo po prostu zmuszają nas do rozmawiania z postaciami, które w gruncie rzeczy niespecjalnie nas obchodzą – bo żadna z nich, nie licząc Alexandry Pope (wychowawczyni dziewczynek) i ewentualnie Roberty, nie wzbudziła mojej specjalnej sympatii. W każdej z nich nie pasuje mi albo osobowość, albo ten nieszczęsny design, który stoi na kręconych włosach i grubych ustach.

A jak już przy designie jesteśmy, to słówko o oprawie audiowizualnej. Muzyka daje radę, jest nawet klimatyczna, a jeden wesoły podkład do luźnych scenek nawet trochę siedzi mi w głowie. Gorzej z motywem głównym, pojawiającym się w menu i czasami w samej grze, od którego czuć dramę i smęcenie na kilometr. Lekko rozmazane tła są całkiem ładne, natomiast same dziewczynki są stworzone w stylu, który od razu przywodzi nam na myśl japońskie gry. Loli-poeci pod tym względem dają radę.

A „poeci”, dlatego że – niespodzianka! Każda z obecnych tu bohaterek oryginalnie jest prawdziwym brytyjskim mistrzem pióra z okresu romantyzmu. Asphyxia to w rzeczywistości jedno wielkie gender-bender, w którym wyspiarscy pisarze zmieniają się w małe, współcześnie żyjące dziewczynki. I w taki sposób Samuel Taylor Coleridge zmienił się w Samanthę, William Wordsworth w Lillanę, Alexander Pope jest teraz Alexandrą i tak dalej. To tłumaczy wszechobecną pretensjonalność, która wręcz wycieka z ekranu, „uduchowienie” bohaterek i poważne, romantyczne przemyślenia, ale niestety niespecjalnie poprawia ocenę gry. Nazwijcie mnie ignorantem, ale choć kojarzę nazwiska Byrona czy Wordswortha, to niespecjalnie obchodzą mnie ani brytyjscy poeci, ani sam romantyzm, którego to kompletnie nie trawię i wolę trzymać się z daleka. Mimo że gra jak najbardziej wpasowuje się w tamtejsze klimaty, to w kwestii opowiedzianej historii bardziej to odrzuca, niż przyciąga. Smaczki smaczkami, ale jednak wlokąca się fabuła i przegadana główna bohaterka to za dużo, żeby tłumaczenie tego romantyzmem uratowało tę grę.

asphyxia_recenzja_3

Wyjaśnia to za to tęczowy motyw tytułu, bo podobno oryginalnego Byrona i Wordswortha łączyło podobne uczucie, co tutejszą Sam i Lillian. Jeśli jednak jesteście fanami dziewczynek śliniących się do siebie, to nie liczcie na wiele – fanserwisu jako takiego tutaj nie ma, a miłość jednej bohaterki do drugiej przedstawiana jest w formie wzdychania, narzekania, użalania się nad sobą i wałkowania tego samego tematu po raz setny. Nie żeby sceny łóżkowe były potrzebne do przedstawienia historii miłosnej, ale nie zmienia to faktu, że Asphyxia również nie podchodzi do tego tematu dobrze.

Nie bardzo zachęcająca jest też cena, bo uważam, że sześć euro za przegadaną grę trwającą nie więcej jak kilkaset minut (mi ogranie tytułu w stu procentach zajęło trzy godziny, po Steamie widzę, że rzadko kiedy ktoś uporał się z nim w więcej niż cztery) nie stanowi specjalnie zachwycającej oferty. Mimo przyciągającej oprawy wizualnej gra nie przedstawia nam niczego nowego w żadnym temacie, nie licząc zamienienia poetów w licealistki. I jeśli macie się za Poważnego Konesera Sztuki, romantyzm to dla Was chleb powszedni, albo chcecie zrobić prezentację w gimnazjum na temat tego, że „giery wideło” również mogą uczyć (ehe), bawiąc – możecie dorwać Asphyxię, kiedy będzie dostępna w jakieś promocji czy coś. W przeciwnym razie nie do końca rozumiem, czemu ktokolwiek miałby interesować się smutnymi, brytyjskimi lesbijkami.

Plusy
  • Nienajgorsza oprawa audiowizualna, mimo że nierówna
  • Poważni poeci są teraz małymi dziewczynkami
Minusy
  • Przegadanie
  • Przedramatyzowane i pretensjonalne
  • Króciutkie i powolne

Ocena końcowa: 4+/10

Dziękujemy firmie Sekai Project za udostępnienie egzemplarza gry!

Autor: Shippo
Data: 21 września 2015, 17:26

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *