»B-XmassCon 5 – Relacja

W 2012 roku padł szalony pomysł by pojechać na trzecią edycję konwentu B-XmassCon wątpliwej jakości środkiem transportu jakim niewątpliwie jest Daewoo Tico. Podróż okazała się na tyle udana, że rok później ponownie pojechaliśmy tymże luksusowym samochodem. W tym roku sprawa miała wyglądać nieco inaczej, zmieniona data (o tym za chwilę), inny pojazd, portfel bardziej pusty niż zwykle. Zapowiadało się interesująco, a jak było? O tym dowiecie się poniżej, o samym konwencie też pewnie coś napiszę.

Konwent pierwotnie miał się odbyć na przełomie listopada i grudnia. B-Team ku wielkiemu niezadowoleniu tłumów zmienił jednak datę imprezy na weekend przed Wigilią. Rwetes i oburzenie w fandomie było wielkie, dorównywały one mojej masie i rozbawieniu całą sytuacją. Nagle każdy pomaga przy Wigilii, nagle każdy zapracowany przed świętami, oj sporo śmiesznych argumentów padało, oj sporo. Fakt, niektórym data mogła faktycznie nie pasować z sensownych i prawdziwych powodów, jednak nie sądzę, aby była to jakaś duża grupa. Dla mnie nowy termin był wręcz idealny. Liczyłem na świąteczny klimacik, jaki był rok wcześniej na Mokonie, który również odbywał się tuż przed świętami.

Jak już wspomniałem wyżej w podróż miałem się udać innym samochodem, znacznie większym od poczciwego Tico. Niestety właściwy środek transportu nie dotarł na czas i w długą podróż musieliśmy udać się Skodą Fabią, której stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia. Po tradycyjnym spóźnieniu ze strony kierowcy i wielu innych perypetiach cudem dotarliśmy na miejsce, ale…

Mówią, że do trzech razy sztuka, ale i tym razem nie udało się nam przybyć na czas. Spóźnienie nie było wielkie, gdyż wynosiło około godziny, acz przy wejściu już uformowała się kolejka. Na szczęście ładny uśmiech i legitka prasowa pozwoliły w znaczący sposób skrócić czas oczekiwania w rosnącym ogonku ludzi.

Akredytacja przebiegła szybko i sprawnie, wiec postanowiłem wrócić po swoje rzeczy. Niestety powrót tą samą drogą był zabroniony przez ochronę, więc trzeba było zrobić rundę naokoło szkoły. Rozumiem taką decyzję organizatorów, na pewno im ułatwiła pracę, tylko czemu później drugie drzwi zostały zamknięte? (W każdym razie ja pocałowałem klamkę, niestety od zewnątrz.)

Po powrocie zacząłem gorączkowo szukać skrawka wolnej podłogi, bo o miejscu w sleepie można było zapomnieć. Po długich poszukiwaniach znalazłem wolne miejsce i to nawet z dala od konwentowego gwaru. Mogąc wreszcie odsapnąć spojrzałem na to, co dano mi przy akredytacji. Ident i smycz szału nie robiły (chociaż dobrze, że to drugie było, bo ostatnio i z tym znowu zaczyna być problem na konwentach) oraz informator zawierający naprawdę ładną, niestety zupełnie niepraktyczną mapkę. Do informatora dołączana była też kartka, na której wypisano kilka zmian oraz informacji, których nie zdołano umieścić już w informatorze.

Pierwszą atrakcją, na którą postanowiłem się wybrać był trwający już czterogodzinny panel o grze F.E.A.R. polegający na tym… że prowadzący grał lub publika grała w wybrane części cyklu. Parodia, do tego prowadzący nie dość, że się spóźnił, to jeszcze skończył atrakcję szybciej…

Widząc taką żenadę udałem się do pobliskiego sklepu po zakupy. Ochroniarz wyraźnie zainteresowany moim szlafrokiem zapytał, czy będzie tutaj więcej osób ubranych tak jak ja, ale przeciwnej płci. Odpowiedziałem, że całkiem możliwe, po czym zgubiłem go między alejkami.

Powróciłem na conplace i udałem się na panel Kolarza o grach nadchodzących w 2015. Dwugodzinna dyskusja szybko przeminęła w myśl zasady „co dobre, szybko się kończy”. Mając przed sobą kilka godzin wolnego udałem się na dokładniejsze zwiedzanie konwentu.

Od wejścia można było pójść na lewo (czego zazwyczaj nie robię) i udać się do stołówki z dosyć niezłym wyborem jedzenia. Dotarcie do niej utrudniało trochę foto studio mieszczące się… na korytarzu. Im głębiej w conplace tym tłoczniej. Jeśli wierzyć słowom organizacji, to przez teren imprezy przewinęło się spokojnie ponad 1500 osób. Znaczna część konwentowiczów okupowała rejony stoisk, których było całkiem sporo i mieli dosyć zróżnicowany asortyment. Na prawo od nich mieściły się sala gaming panelowa, WTF-Azja (znowu nie byłem!), planszówki, zapomniany już nieco AMV-Room oraz Rock Band. Cofając się do wystawców mogliśmy dojść do kolejnego rozwidlenia a tam czekał już na nas Main Room oraz prysznice z jednej strony, a z drugiej kolejne stoiska i sale z klimatycznymi, acz mylącymi nazwami.

Na piętrach były tylko sleepy, zarówno w salach jak i na korytarzach, więc nie ma co zbytnio opisywać. Podobnie wyglądały podziemia, aczkolwiek kilka sal z atrakcjami również się tam znalazło. DDR Roo… znaczy korytarz, Glow Ultrastar, J-Games, Osu Room a także dwie konsolówki, zwykła i retro, pomiędzy nimi na korytarzu przez pewien czas mieściło się też stanowisko z Xbox One.

Jako fan retro zajrzałem do tejże konsolówki. Było kilka ciekawych sprzętów, ale ogólnie pozostawał niedosyt. Do tego parę z nich zaliczało awarię. Sala nie była zbyt oblegana, przez co turnieje były albo przekładane albo zmieniano grę na taką, by przyciągała więcej graczy. Trochę szkoda, bo potencjał był i człowiek odpowiedzialny za salę też nie był przypadkowy.

W drugiej konsolówce bywałem rzadko, niby sporo turniejów, ale żaden dla mnie. Do tego ciężko było się dostać do jakiegoś stanowiska. Właściwie tylko raz, czy dwa zagrałem partyjkę w Fifę z kumplem, a że dostałem łomot to miałem szybki rage quit. Warto tutaj dodać, że finały turniejów (aczkolwiek nie wiem czy wszystkich) były transmitowane na mainie.

Wracając już jednak do konwentu, totalnie zawiódł mnie plan atrakcji. Mało było interesujących mnie punktów programu. Zaznajomiłem się z planem przed konwentem, ale liczyłem, że coś mnie jednak zainteresuje w trakcie, niestety ciężko było mi znaleźć coś ciekawego. Kilka interesujących punktów programu z nieznanych nawet mi przyczyn ominąłem, a inne kolidowały ze sobą.

Z braku ciekawszych opcji udałem się na panel o Singularity będąc święcie przekonanym, że skoro atrakcja ma miejsce w sali o zabarwieniu growym to i panel będzie o grze pod tymże tytułem. Jakie było moje zdziwienie, gdy panel okazał się być o czymś zupełnie innym. Przyznam jednak, że prowadzący mówił naprawdę ciekawie i co najważniejsze miał pojęcie o czym mówił, więc z ciekawości posłuchałem. Tak to czasem bywa na konwentach, że te panele, na których ląduje się przypadkiem bywają najlepsze. Możliwe, że gdybym zajrzał na kilka innych atrakcji też zaskoczyłbym się pozytywnie?

Pokrzepiony wiedzą powróciłem do retro konsolówki na kolejny turniej, już w sumie nie pamiętam w co, bo gry zmieniały się dynamicznie ze względu na awarię sprzętu. Pierwotnie miał być Street Fighter II i Micro Machines, a skończyło się Wormsami i Shmupem, którego tytułu nie pamiętam.

Duma ucierpiała, więc postanowiłem chociaż rzucić okiem na bal odbywający się na mainie. Niestety to był już ten czas konwentu, gdzie zacząłem mieszać godziny (ogólnie myliły mi się cały konwent ze względu na potworne zmęczenie i kiepski stan zdrowia) i tym samym na miejscu zameldowałem się… po balu…

Ale za to na darmowe wyżywienie! Na stołach leżały stosy andrutów robiących za substytut opłatka, a poza tym rozdawano pyszny barszczyk. Wyszła cebula z grubasa, więc skosztowałem co nieco oczekując rozdawania prezentów. Der jako mikołaj sprawdził się idealnie i powiem, że to był ten moment konwentu kiedy naprawdę było czuć, że święta tuż tuż. Taka namiastka wigilijnego stołu i rozdawanie prezentów. Było naprawdę miło, chociaż nic nie dostałem. :(

Mając jeszcze kilka godzin wolnego do atrakcji, na którą głównie prułem przez cała Polskę postanowiłem udać się na wiedzówkę z Cartoon Network. Wiedzówki nie dane było mi doczekać, bo odbywające się wcześniej kalambury przeciągały się w nieskończoność a prowadzącego/prowadzącej nie było ani widać, ani słychać. Zdegustowany takim obrotem spraw poszedłem spać upewniając się, że znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie mnie obudzić na czas.

Na szczęście dali radę mnie obudzić, więc mogłem pójść wygrać wiedzówkę steamową, aby chociaż trochę odegrać się za wszystkie moje niepowodzenia na tym konwencie. Chociaż nie powiem, łatwo nie było, bo kontaktowałem tak bardzo, że nie rozpoznałem gry, którą widziałem kilka paneli wcześniej…

Po wygranej wróciłem do spania mając na względzie, jak długa podróż powrotna mnie czeka. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że AŻ TAK długa. Po brutalnej pobudce postanowiłem zużyć walutę konwentową i zaopatrzyłem się w dwa budzące grozę sztyleciki. Zrobiłem tradycyjne pożegnalne tournee po szkole i wraz z ekipą ruszyliśmy w podróż powrotną około godziny 13:00, aby być jak najszybciej w domu. Nie do końca nam wyszło, bo z Krakowa wyjechaliśmy około 16:00, aby na miejsce dotrzeć w środku nocy.

Jak oceniam konwent? Uczucia mam mieszane, z jednej strony ciężko się do czegoś przyczepić, nawet na siłę, co mam w zwyczaju. Z drugiej miałem to uczucie wypalenia, że nie ma gdzie i po co iść. Zabrakło mi trochę tej świątecznej atmosfery, którą znacznie bardziej czułem na odbywającym się rok wcześniej Mokonie (również podczas weekendu poprzedzającego Wigilię). No i ten plan atrakcji mnie nie porwał. Zabrakło mi czegoś konkretnego i z przytupem. Zdaję sobie sprawę, że pominąłem kilka atrakcji, które być może zmieniłyby moją ocenę konwentu, ale nie da się być zawsze i wszędzie. Umiejętność bilokacji w fandomie jest już zaklepana przez kogoś innego*.

Czy wybiorę się na B-Xmass 6? Niestety nie… ponieważ B-Team uległ rozwiązaniu i jego miejsce zajmie Fun Cube. Nowa-stara ekipa oznajmiła jednak, że w miejsce B-Xmassu pojawi się nowa impreza o podobnym profilu, więc to na niej się zapewne pojawię. Dlaczego zapytacie, skoro tyle narzekam? Bo konwenty B-Teamu były jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiedziałeś, czy wyśpisz się za wszystkie konwenty, czy ilość zabawy cię przerośnie. Tak więc do następnego.

* Kto ma wiedzieć, ten wie.

Autor: CELL767
Data: 30 marca 2015, 22:15

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *