»Baka Y2K13 – Relacja

Uch, matko jedyna, przeżyłem właśnie najgorszy konwent w mojej dwuletniej historii, czyli B.A.K.A. – Bardzo (nie)Atrakcyjny Konwent Anime. Myślałem, że słabe były poznańskie jednodniowe konwenty, organizowane przez nieistniejącą obecnie grupę Ike-Ike. Już wcześniej zapowiadało się, że tegoroczna B.A.K.A. będzie słaba. Najpierw pojawiła się tradycyjna tabelka z atrakcjami, której za Chiny nie dało się rozczytać.

Prócz tego, zaczęły pojawiać się na naszej fandomowej wersji Pudelka, Kyuudelku, argumenty wedle których tegoroczna edycja Baki miała być wyjątkowo słaba. Niestety, nie przeczytałem go do końca i nie mam ochoty go kończyć, bo głównie opierał się na „obrabianiu dupy” głównej organizatorce, Usagi, oraz na odgrzewaniu niesnasek i konfliktów sprzed lat.

Straszyła także strona internetowa imprezy, zrobiona chyba na kolanie. Dojazd na conplace był opisany w formie zdjęć na zasadzie „idź w tą stronę i w tą stronę”, nie podając przy okazji ani nazw ulic, którymi należy iść w stronę szkoły, ani adresu budynku… Ja akurat nie miałem problemu z dojściem, bo w tej samej szkole odbywał się w tym roku Love IV, aczkolwiek osoby nie przyjeżdżające pierwszy raz w te strony mogły mieć spory problem… Bo ja sam miałem problem z dojściem (głównie przez miejscowych, którzy dawali mi błędne wskazówki…). Strona również nie została dostosowana do sprawnego przeglądania na smartfonach (klikam w zakładkę i nic się nie dzieje), co w dzisiejszych mobilnych czasach zakrawa o skrajne lenistwo i brak szacunku względem potencjalnego konwentowicza. Co zabawniejsze, w dziale kontakt, Usagi nawet nie raczyła się podpisać pod tym potworkiem (zarówno, jeżeli chodzi o stronę, jak i konwent).

Nie zrażony tym wszystkim (wejściówkę miałem zapewnioną w ramach patronatu medialnego, więc za konwent nie musiałem płacić), postanowiłem wybrać się do stolicy Dolnego Śląska już w piątek. Niestety, jako że jechałem jednym z tańszych dalekobieżnych połączeń, caluteńki pociąg był przepełniony ludźmi i nawet nie dało się wstać. Całe szczęście, że podróż trwała niewiele ponad cztery godziny. Po wyjściu z pociągu, czekał na mnie mój kolega studiujący we Wrocławiu, z którym to spędziłem resztę dnia, zwiedzając Wyspę Słodową i dyskutując na przeróżne tematy. Obudziliśmy się wcześnie rano, by jak najmniej czekać w kolejce do akredytacji. Niestety, zbliżając się coraz bliżej szkoły, zauważyliśmy że niestety kolejka przed szkołą przekroczyła psychologiczną granicę zdrowego rozsądku. Na pewno miała więcej niż 100 metrów. Nie dość tego, była rozładowywana OD WCZESNYCH GODZIN PORANNYCH, czyli od siódmej rano. Szczerze współczuję ludziom, którzy musieli stać w zimnie i deszczu przez CO NAJMNIEJ GODZINĘ przed szkołą. Ja na szczęście nie miałem z tym problemu, dzięki wejściówce prasowej, ale w ramach okazywania innym ludziom empatii, uznałem, że w dobrym tonie jest chociaż chwilę potowarzyszyć kolegom w niedoli.

Inne konwenty potrafią sobie sprawnie radzić z kolejką. Robią to, korzystając z takich dobrodziejstw XXI wieku, jak komputery, których zabrakło na akredytce Bakowej. Przy biurku, przy którym helperzy sprawdzali, czy aby nie jestem jakimś łotrem/dresem, który chce rzucić butelką w nic niespodziewających się mangowców, otrzymałem ident na smyczy, informator, mapkę wraz z rozpiską atrakcji, parę ulotek reklamujących inne imprezy, oraz zniżkę na obiad w pizzerii, znajdującej się niedaleko szkoły konwentowej. Szkoda, że owa mapka nie była częścią samego informatora. Nie widzę problemu, dla którego nie można było tego tam wydrukować… Jeden gruby informator trudno zgubić, zaś luźno włożoną kartkę formatu A4 już tak.

Muszę również stwierdzić, że poczułem się z lekka pokrzywdzony tym, że przedstawiciele prasowi dostali inne indetyfikatory od uczestników. Fakt, fajnie, że są inne stylistyczne, jednakowoż „randomy” miały je wykonane w formie legitymacji szkolnej. Ha, nawet w miejscu „dyrektor szkoły”, podpisała się Usagi. :P Tak, impreza odbywała się w konwencji szkolnej… Pomysł bardzo dobry, jednak w ogóle nie wykorzystany. Sale panelowe zostały ponazywane na cześć przedmiotów szkolnych (chemia, biologia, informatyka). Niestety, wydawało mi się, że większość atrakcji została poprzydzielana do odpowiednich sal raczej losowo, bez ładu i składu. Nie było również żadnych atrakcji nawiązujących do konwencji. Chyba że to były wspominkowe (staroszkolne) panele Szamana Fetyszy i retrokonsolówka. Problem jest jednak taki, że obydwie te rzeczy pojawiły się już w zeszłym roku i gościły też na innych imprezach (choćby Pyrkon).

Pojawiły się również przerwy „śniadaniowe”, które trwały albo 15 minut, albo godzinę. Jednakże, zamiast dzwonka, oznajmiającego rozpoczęcie owej pauzy, przychodził po prostu helper i wyganiał (czyt. kulturalnie poprosił, aby wyjść) ludzi na zewnątrz. Chyba nawet dobrze, bo nie wyobrażam sobie dzwonka szkolnego, hałasującego o czwartej nad ranem.

Pierwszą atrakcją, na którą się udałem, była „Historia anime w Polsce”, prowadzony przez Jaruto. Miałem spore nadzieje, bowiem stare anime emitowane w polskiej telewizji to moja nieskrywana słabość. Niestety, panel opierał się na tym, że prelegent po prostu puszczał pościągane z internetu openingi. Bez żadnego komentarza, czy też zaprezentowania wiedzy tyczącej się tematu. Więcej, niestety, wypowiadałem się ja, wraz z innymi osobami z widowni. Po tym prelekcyjnym potworku, odwiedziłem panel Szamana Fetyszy, mojego kolegi redakcyjnego, traktujący o historii i teraźniejszości Square Enix, czyli firmy/firm, dzięki którym mogliśmy zagrać w takie tytuły jak Final Fantasy, czy Dragon Quest. Wpadłem tylko na parę minut, bo wiedziałem, że po zaprawionym w bojach konwentowiczu można spodziewać się profesjonalizmu, wolałem ten czas przeznaczyć na odwiedzenie retrosalki konsolowej, organizowanej przez Retrogralnię/DKiG.

Wiele ciepłych słów słyszałem pod ich adresem, zarówno salek konwentowych ich autorstwa, jak i imprez kulturalnych, stricte poświęconym retrogamingowi. Zawiodłem się na całej linii, a nawet jeszcze bardziej, gdy okazało się, że osobą zajmującą się przez cały czas obsługą tej sali, był zwykły helper, nie mający bladego pojęcia o tym, co pilnował, a tym bardziej jak obsługiwać telewizory. Nie obwiniam go tu jednak. Moje pretensje lecą w stronę organizatora salki, niejakiego Wawrzona, którego spotkałem tylko raz i to na parę sekund na całym konwencie, a próby spotkania się z nim przez cały dzień, spełzły na niczym. Wielka szkoda, bo chciałem z nim pogadać, zarówno o samej jego organizacji, jak i o starych konsolach. Sam wszak mam dość pokaźną kolekcję i organizowałem retrokonsolówkę pod szyldem EMU-NES#PL. Nie chodzi już o samą rozmowę z Wawrzonem. Chodzi głównie o to, że sami helperzy go szukali, bo potrzebowali pilotów do telewizorów, jak i kogoś, kto po prostu umie obchodzić się ze starym sprzętem. Same akcesoria zdarzały się być czasem niesprawne. O czternastej miał się odbyć turniej w Mario Karta 64, czyli w jedną z moich ulubionych gier wszechczasów, w którym to turnieju chcieliśmy wziąć udział wraz z moim kompanem. Niestety, Wawrzona, czyli również osoby, która miała się zająć turniejem, nie było o podanej godzinie, a gdy pojawił się z 40 minutowym opóźnieniem, mimowolnie przełożył go sobie na godzinę 15. Aby zabić trochę czasu, postanowiliśmy z mym kolegą trochę sobie potrenować. Jednak, gałki analogowe w padach do N64 były zdekalibrowane, a co gorsza, nie dało rady ich skalibrować (a jest taka możliwość). Wspólnie stwierdziliśmy, że granie w turnieju na takim sprzęcie nie ma sensu i poszliśmy. Jeszcze raz nadmienię: nie mam tu żadnych pretensji do helperów, „hejt” leci w stronę Wawrzona i organizacji, która na taką sytuację pozwala. Na żadnym innym konwencie z czymś takim się nie spotkałem. Co ciekawe, salka moderngamingowa była pilnowana przez ludzi ściśle powiązanych z organizacją konsolówki. Wszystko przeprowadzone na profesjonalnie, choć bez polotu (w sensie, standardowy zestaw konsol i gier).

Często się zdarzało, że po prostu nie było na konwencie interesujących atrakcji i trzeba było sobie samemu organizować czas, na przykład spacerując po okolicy, czy przesiadując w pizzerii. Odwoływane również były atrakcje, bo ich twórcy nie raczyli ruszyć swojego szanownego zadka na conplace. Atrakcje również były swobodnie przenoszone przez samych ich twórców na inne godziny, często nie konsultując tego z nikim. Skutkiem tego było przedłużenie wspominkowego panelu Szamana Fetyszy o konwentach z jednej godziny do trzech. Na szczęście, temat ciężko było wyczerpać. Głównie dzięki jednemu z konwentowiczów, który, jak się okazało, na konwenty jeździ od roku 1998, dzięki czemu, dostaliśmy praktycznie obraz kształtowania się polskiego fandomu z pierwszej ręki. Jego i Szamana anegdotek i konkluzji można było słuchać i słuchać. To samo mogę powiedzieć o ciekawej prelekcji o „demografii fandomowej”, przygotowywanemu na bazie statystyk z portalu Tanuki. Niektóre wyniki potrafiły nieźle zaskoczyć.

Tego samego jednak nie mogę powiedzieć o panelu dyskusyjnym „Hejtuj, hejtuj i jeszcze raz hejtuj!”, prowadzonym przez Lucyfera płci żeńskiej, czyli działaczkę z Trójmiejskiego fandomu. Pierwszy raz pojawiłem się na jej panelu, więc w zasadzie nie wiedziałem, czego się spodziewać. Właściwie, Bakę można nazwać loterią, jeżeli chodzi o atrakcje. Mają w zwyczaju przyjmować atrakcje ludziom, którzy na co dzień na innym dużym konwencie innych polskich grup by się nie pojawili, z paru różnych względów. Zatem, otrzymujemy tu mieszankę doświadczonych twórców atrakcji, zaliczających większość ważnych krajowych imprez, bądź też wrocławskich mangowych weteranów, którzy znani są raczej tylko miejscowym. Ale wcale nie przeszkadza im to dobrze poprowadzić atrakcji. Są też i osoby początkujące w fachu twórcy atrakcji i „śmieszki”, które wychodzą z założenia, że atrakcje są tylko po to, aby nie zapłacić za konwent, a samo ich przygotowanie, kolokwialnie mówiąc, olewają. W obu tych różnych przypadkach, atrakcje tego typu osób są raczej słabe, a w przypadku początkujących, przyczynę słabego zorganizowania atrakcji, trzebaby indywidualnie rozpatrywać pod kątem każdego prowadzącego. Pani w przefarbowanych włosach, niestety, ale nie podeszła zbyt odpowiedzialnie do swojego zadania i można ją zaliczyć do grupy „śmieszków”. Lucyfer oparła swoją atrakcję o podzieleniu „hejtów” na trzy grupy… i nic poza tym. Puszczała także jakieś śmieszne remiksy Shinkegi no Kyojin i Naruto z YouTuba’a, przeczytała też kilka postów z rzeczonego FP. Kompletnie nic nie wyniosłem z tej prelekcji. Jeżeli ktoś wychodzi z założenia, że jest na siłach, by przeprowadzić atrakcję bez przygotowania się, to niech się najpierw zastanowi, czy potrafi zaabsorbować uwagę słuchaczy na tyle swoją osobą, że nie będą się nudzić, a przy okazji, potrafią na poczekaniu, przekazać coś konkretnego na temat. Lucyfer tego nie potrafi.

Jeden akapit chciałbym poświęcić rzeczy nietypowej, bowiem rzadko się zdarza na mangowych konwentach, aby odbywały się na nich spotkania autorskie z początkującymi pisarzami fantasy. W dodatku, został on zakamuflowany, bowiem jego nazwa brzmiała „Od Brama Stokera do Johnny’ego Walkera.” Jak się później okazało, ów Johnny Walker nie było wcale jakąś metaforą współczesnego pisarza, piszącego powieści pod wpływem wódki „Jaś wędrowniczek”, lecz po prostu prowadzącym prelekcję. Z tego, jak się wypowiadał, wynikało, że był święcie przekonany o istnieniu wampirów, zaś nie słyszymy o nich, bo należą do jakiejś tajnej organizacji i rzadkością jest „dekonspiracja”, Wampiry bowiem, zdaniem Johnny’ego, miały własne państwo, a ich przywódca wykorzystywał swych poddanych w celach wojennych. Ze względu na straszliwie wczesną porę i na nieprzespaną noc, stan mojego umysłu nie pozwalał mi na wywiązanie dyskusji z prowadzącym. Cieszył on się między innymi z tego, że obraz wampira w literaturze zmienił się, No, niestety, ja tego nadal nie widzę, bowiem seria książek i filmów „Zmierzch”, abstrahując od jej jakości, jest cały czas popularna a jej głównym bohaterem jest stereotypowy, gotycki „wampir cierpiący”. I dzięki właśnie fali popularności książek Stephenie Meyer, nie zapowiada się, aby to w jakiś sposób miało się zmienić… Natomiast już totalnie odrzucił mnie moment, w którym pan Johnny wyciągnął swoje dopiero co wydane książki i zaczął je wciskać konwentowiczom w sposób porównywalny do sposobu sprzedaży akwizytorów. Przepraszam za moją skrajnie nieobiektywną i personalną dygresję, aczkolwiek jak żyję, dawno nie miałem okazji słuchać tak dziwnego człowieka.

Na cosplay, niestety, nie wybrałem się, ponieważ odstraszyła mnie bardzo długa i zajmująca cały korytarz kolejka, której helperzy nawet nie starali się jakoś rozładować. Odwiedzałem standardowe konwentowe sale, takie jak UltraStar, Rock Band, DDR, czy salę gier planszowych (go, RPG, itp). Nie jestem osobą często bywającą w tego typu miejscach, ale zdaniem moich znajomych, nie stały one na jakimś super wysokim poziomie.

Doszły też mnie wieści, że znowu pojawiały się jakieś niesnaski z lokalnym folklorem nowodworskim (dzielnica Wrocławia, w której odbywał się konwent), zwanych dalej dresami. Jakaś dziewczyna dostała z butelki od jednego z nich, a jeszcze inny, bez problemu wszedł na teren konwentu. Helperzy z akredytacji, wstydźcie się. Toalety wiele pozostawiały do życzenia, ale na szczęście zapach się w nich unoszący, nie uniemożliwiał korzystania z nich. To samo mogę powiedzieć o prysznicach, choć tam zapach już nie stanowił problemu.

Tak właśnie było w tym roku na Bace. Jak już wspomniałem na początku, był nawet słabszy od jednodniowych imprez poznańskich organizowanymi pod szyldem „One Day Event”… Były one robione przez organizatorów w dziwaczny sposób: ogłaszali termin na miesiąc przed, nie dbali kompletnie o promocję czy patronat i popełniali jeszcze wiele innych organizatorskich błędów. Tylko powiedzcie mi, dlaczego powróciłem z konwentu B.A.K.A z takimi negatywnymi odczuciami? Już Wam odpowiadam: One Day Eventy, fakt, były robione byle jak, ale chociaż organizatorzy potrafili improwizować i przez ową improwizację zapewnić konwentowiczom dobrą zabawę. Tutaj niestety, organizatorka już z założenia miała swoją imprezę w przysłowiowej „pompie” i nawet jej nie zależało, aby konwentowicz dotarł do szkoły. A z samych plotek wynika, że zależało jej wyłącznie na zysku finansowym…

Autor: Dred
Data: 22 stycznia 2014, 21:56

Komentarze na temat “Baka Y2K13 – Relacja”

  1. Jakub borg Rzepecki napisał(a):

    Już chyba gdzieś to prostowałem…

    RetroGralni nie było na BACE. Były tam tylko pożyczone przez nas telewizory :)

    Na BACE byli tylko nasi znajomi z DKiG, którzy nie są nami :P

    • Dred napisał(a):

      Pardon za pomyłkę. Błąd wynika z tego, że obydwie te „organizacje”, zarówno Twoja, jak i DKiG były podawane w jednym ciągu w informatorze konwentowym.

      Przy nadarzającej się okazji, postaram się poprawić błąd.

  2. anonimowy bywalec napisał(a):

    Bardzo dobra relacja! Autor to miszczunio. Proszę, napisz coś jeszcze:3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *