»Deathsmiles – Recenzja (PC)

Nigdy nie pojmowałem fenomenu Shmupów. Ot, wciskanie lub trzymanie jednego przycisku i unikanie mniejszej lub większej ilości pocisków wystrzeliwanych w naszym kierunku. Taki opis jest jednak trochę krzywdzący, gdyż ten gatunek gier ma kilka pomniejszych odnóg i do niektórych ten opis jest jak najbardziej trafny. Jest jednak całkiem pokaźna liczba tytułów, które prezentują sobą coś więcej. Czy Deathsmiles do nich należy? Zapraszam do lektury.

Tuż po odpaleniu wita nas pełne opcji menu. Możemy albo od razu rzucić się na głęboką wodę, odpalając tryb fabularny lub score attack, albo wpierw zapoznać się z tytułem w treningu. Tutaj też zobaczymy swoje replaye, leaderboardsy, creditsy czy wreszcie dostosujemy grę do swoich potrzeb pod względem rozdzielczości czy sterowania. Dodajmy do tego fakt, że mamy tutaj sześć wersji gry, więc jest w czym wybierać.

Jak wygląda sama gra? Otóż wybieramy sobie jedną z małoletnich dziewcząt i wypluwamy z siebie tysiące pocisków eliminując wszystko co stanie nam na drodze po drodze poznając jakaś tam naprędce skleconą fabułę. Nasze możliwości walki są całkiem spore, mamy nasze standardowe strzelanie w trybie zwykłym jak i turbo, bomby do używania w kryzysowych sytuacjach oraz namierzanie przeciwników specjalną salwą. W tym wszystkim pomaga nam nasz familiar, którym możemy sterować w niektórych wersjach gry. Z naszych przeciwników cały czas wypadają różnorakie itemy, które nabijają specjalny licznik. Gdy ten osiągnie tysiąc możemy odpalić specjalnego boosta, który wzmacnia nasze pociski oraz pozwala nam niwelować zagrożenie ze strony pocisków przeciwników (tak wiem, że to wszystko ma pewnie swoje fachowe nazwy).

Wielkim minusem jest mała liczba mapek, które do tego są bardzo króciutkie, więc rozgrywka nie trwa zbyt długo. Tym bardziej, że mamy nieograniczoną liczbę kontynuacji, wiec nie zaczynamy co chwilę od nowa. Z drugiej strony dostępnych jest cztery lub pięć (w zależności od wersji) postaci do wyboru, co troszkę urozmaica przechodzenie w kółko tego samego. Na koniec gry mamy typowy zero-jedynkowy ending, więc w teorii można przechodzić i przechodzić, ale ile można patrzeć na to samo. Zwłaszcza, że gra nie jest przesadnie trudna. Jestem słaby w te klocki, a czasem grając na trzecim poziomie trudności dość długo migałem się od śmierci.

Graficznie szału nie ma. Jest kilka fajnych grafik w czasie dialogów postaci czy po skończeniu mapy, ale oprócz tego słabo. No, jeszcze ewentualnie kilku bossów wygląda ładnie, ale tak to gra jest mocno pixelowata – i  w to ten niefajny sposób. Szkoda, bo te gotyckie klimaty aż się proszą o ładniejsze przedstawienie. Do tego mamy częste kontrasty pomiędzy mocnymi pixelami a wypolerowanymi do granic możliwości przeciwnikami.

Muzyka, która to zazwyczaj jest ozdobą wszelakich bullethellów, tutaj… po prostu jest. W głowie zapadły mi dosłownie trzy kawałki i to niecałe, a mianowicie początek utworu z pierwszej planszy, motyw walki z bossami oraz muzyka z walki z final bossem. To ostatnie zapamiętałem pewnie dlatego, że to po prostu znana kompozycja. Poza tym udźwiękowienie trzyma standardy gatunku, co rusz słyszymy wybuchy, krzyki nasze czy pokonywanych przez nas demonów no i te niekończące się salwy pocisków.

Czy polecam Deathsmiles? Myślę, że dla fana gatunku to pozycja obowiązkowa i jeśli nie nabył jej wcześniej na konsoli Xbox360 to ma okazję nadrobić zaległości. Odstrasza cena, która jak dla mnie jest stanowczo zbyt wysoka i jeśli miałbym ją kupić jako zwykły gracz to czekałbym na 50% upustu.

Plusy
  • Przystępna dla początkujacych
  • Mnogość trybów i wersji
Minusy
  • Krótka
  • Cena

Ocena końcowa: 7+/10

Autor: CELL767
Data: 11 maja 2016, 21:15

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *