»Final Fantasy I – Recenzja

Każde pokolenie ma swoją legendę, każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku… Tak, oto przed Wami pierwsza odsłona Final Fantasy, geneza serii, która pochłonęła miliony umysłów ludzi na całym świecie. Serii, dzięki której powstał ten portal. Skąd wziął się taki boom na Final Fantasy? Jaka była pierwsza część? Czy warto w nią zagrać również dziś? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w mojej recenzji.

Menu główne. Zaczynamy?

Menu główne. Zaczynamy?

Jak Square podniosło się na nogi

Nie sposób rozpocząć bez odrobiny historii… Jest rok 1987, firma Square, założona w 1983 przez Masafumi Miyamoto, zajmująca się tworzeniem gier (racerów, platformówek) nie przynosi zysków, właściwie jest na skraju bankructwa. Wszystkie wydane wcześniej produkcje to gnioty, ewentualnie pozycje średnie. Jedyne, co może podnieść upadającą firmę to kozak nad kozaki, prawdziwy hit. Hironobu Sakaguchi występuje z propozycją stworzenia gry RPG. Gra ta miała być ostatnią szansą dla Square, przysłowiowym „być albo nie być”, otrzymała więc nazwę Final Fantasy (Ostatnia Fantazja). O ironio, sprzedała się w ogromnych ilościach, uratowała Square i, jak już wiemy, ostatnią jednak nie była, dając początek takiemu taśmociągowi, że złośliwi twierdzą, iż powinna pozostać tą ostatnią.

Nie ma to jak wyjść na mapę świata, kawałek dalej spotykając siedmiu twardych przeciwników. Zbyt twardych

Nie ma to jak wyjść na mapę świata, kawałek dalej spotykając siedmiu twardych przeciwników. Zbyt twardych

Ale o co chodzi?

A dlaczego pierwsza część Final Fantasy sprzedała się tak świetnie? Ponieważ na swoje czasy oferowała skomplikowaną, wciągającą rozgrywkę i szereg ciekawych rozwiązań, na domiar tego opowiadając pokombinowaną fabułę w czasach, gdy przeważnie ratowało się księżniczki (w FF I też się tak zaczyna, ale potem się to zmienia). Pisząc dziś recenzję, nie sposób nie patrzeć na tę część pod kątem innych, jednak w czasie, w którym została wydana, stanowiła spore novum. I również dziś klimat obcowania z 8-bitowym Finalem może przynieść radochę. Ale przejdźmy do rzeczy…

Motywem przewijającym się przez fabułę są cztery kryształy zawierające w sobie moc żywiołu ognia, wody, ziemi i wiatru. Tracą one swoja moc, przez co powoli zaczyna ustawać wiatr, gasnąć ogień… świat staje w obliczu katastrofy. Przepowiedziane jednak zostaje, że pojawi się czwórka wojowników światła, która przywróci równowagę… Tak rozpoczyna się historia obfitująca w niejeden zwrot akcji. Autorami scenariusza byli Akitoshi Kawazu oraz Kenji Terada, którzy stanęli na wysokości zadania, tworząc z wielu legend i elementów różnych mitologii wciągającą mieszankę. Będą zdrady, zaskoczenia, ciężkie walki i ratowanie świata przed Złem przez duże Z.

Menu w całej swej okazałości. Będzie gdzie pogrzebać...

Menu w całej swej okazałości.
Będzie gdzie pogrzebać…

Fantazyjna mechanika

Final Fantasy dość znacząco różni się od późniejszych części. Co rzuca się w oczy zaraz na początku – bohaterowie są „anonimowi”, ciężko się z nimi identyfikować, nie posiadają z góry ustalonych imion. Nadajemy je więc sami i formujemy drużynę złożoną z czterech śmiałków, którym wybieramy profesje (wojownik, złodziej, biały, czarny lub czerwony mag oraz black belt, czyli mnich). Stworzenie drużyny składającej się z czterech wojowników jest jak najbardziej możliwe, jednak dobrze jest mieć w załodze zróżnicowane postacie. Po krótkiej chwili wychodzimy na mapę świata i… Bach!

Epicka walka z Garlandem. Zwróćcie uwagę na Sitha walecznie machającego mieczykiem. Jest z nami Doda, więc zwycięstwo mamy w kieszeni!

Epicka walka z Garlandem. Zwróćcie uwagę
na Sitha walecznie machającego mieczykiem.
Jest z nami Doda, więc zwycięstwo
mamy w kieszeni!

Final Fantasy obfituje w losowe walki, odbywające się w systemie turowym, jednak nie ma tutaj jeszcze znanego z nowszych odsłon ATB (Active Time Battle), po prostu wybieramy komendę dla każdego członka drużyny, po czym obserwujemy, jak nasza sprytna taktyka wyjdzie w praktyce. A planować trzeba, bo przez niedoskonałość systemu walki jeśli np. wszystkimi postaciami wycelujemy w jednego potwora, a pierwsza go zabije, reszta zamiast atakować innych wrogów, nie zrobi nic. Podczas walki możemy użyć przedmiotu, czaru, ataku fizycznego, bądź haniebnie uciec z pola walki (jednak nie zawsze nam się to uda). A co możemy zrobić, żeby walkę wygrać? FF I umożliwia nam zmianę ekwipunku, możemy się więc zaopatrzyć w najbliższym mieście w lepszy miecz, zbroję czy tarczę. Kupić można również przedmioty, a nawet czary. Te ostatnie, często używane, przechodzą na następne poziomy, stając się silniejsze. Występuje też ich podział na ofensywną i defensywną magię. Całkiem nieźle jak na pierwszą część, przyznacie?

Pomimo tego, walki w Final Fantasy nie należą do najprostszych. Napocicie się trochę zanim załatwicie co bardziej upierdliwych bossów a i na zwykłej losowej walce można paść. Kiedy już wydaje się wam, że przeciwników w danej lokacji macie opanowanych, może się zdarzyć, że wyskoczy taka ich ilość, że warto pomyśleć o taktycznym odwrocie. Cóż, oldschool to oldschool, pakowanie postaci jest tu wskazane. Czym gra może nam wynagrodzić tony żmudnych, losowych walk? Ciekawą fabułą (jasne, nie jest to poziom nowszych Finali, ale może zaciekawić), eksploracją miast, rozmowami z NPC, jednym słowem całą otoczką RPG. Bo w Final Fantasty, przy odrobinie chęci, można się całkiem nieźle wciągnąć, zapominając o nowych pozycjach.

A jakże, na miacho też zdarzy się Wam wyskoczyć. Ale nie spodziewajcie się natłoku atrakcji...

A jakże, na miacho też zdarzy się Wam wyskoczyć. Ale nie spodziewajcie się natłoku atrakcji…

Diament? Nieoszlifowany…

Oprawa to ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony, bowiem, nie była niesamowita nawet w czasach premiery. Tak, istniały już wtedy ładniejsze gry, z lepszą animacją i ciekawszym otoczeniem. Jednak oprawa FF nie razi w oczy, jest przyzwoita, wszystko zdaje się być na swoim miejscu. Ba, widok mapy świata z ładną wodą, lasami i górami, poszczególne mapy miasteczek czy design potworów mogą się nawet podobać. Nad tworzeniem postaci oraz loga gry pracował nie kto inny, tylko Yoshitaka Amano. Dźwięk, choć technicznie irytuje, momentami bywa niezły… Nie dziwota, w końcu już tutaj muzykę tworzył Nobuo Uematsu. Co prawda był straszliwie ograniczony sprzętowo, ale stanął na wysokości zadania. To w tej części zrodził się charakterystyczny motyw przewodni, towarzyszący serii do dziś. Ogółem można rzec, że oprawa daje radę, choć nawet jak na swoje czasy mogła zostać bardziej dopieszczona, czego dowodzą kolejne części wydane na tę samą platformę.

Bywa też mroczniej. Na screenie wyżej jest tak mroczno, że pani, z którą rozmawiamy, nic nie widzi

Bywa też mroczniej. Na screenie wyżej jest tak mroczno, że pani, z którą rozmawiamy, nic nie widzi

Powrót do przeszłości

Czy warto zagrać dziś w najstarszą Final Fantasy? Jeśli nie kręcisz nosem na 8-bitową oprawę i mechanikę sprzed dwudziestu lat, gwarantuję, że możesz się wciągnąć. Po jakimś czasie przestaniesz zwracać uwagę na niedogodności i zaczniesz grać w najlepsze. Dobra to okazja, by zapoznać się z korzeniami serii, zobaczyć czym kiedyś tak zachwycili się ludzie, co dało początek tak zacnej serii gier. Jeśli natomiast odstrasza Cię perspektywa piszczących dźwięków, pikselowych ludzików i kwadratowych domków – również możesz mieć ochotę zagrać w tę pozycję. Final Fantasy doczekało się bowiem jak dotąd kilku remake’ów. Kolejno na WonderSwam, PSX, GameBoy Advance (wraz z II częścią w kompilacji Dawn of Sorrows) oraz na PSP. Choć nie są to drastyczne zmiany (wciąż 2D) te wersje powinny przypaść do gustu nawet estetom. Poza odświeżoną oprawą znaleźć w nich można dodatki takie jak bestiariusz czy nowy dungeon. Tylko pamiętajcie – odświeżona wersja to już nie do końca ten klimat…

Czy Final Fantasy kiedyś się skończy? Która z Ostatnich Fantazji będzie tą prawdziwie ostatnią? Tego pewnie nie wie nawet Square Enix, ale jedno jest pewne – swój początek miała właśnie tutaj. Możesz go sprawdzić już teraz… No, na co jeszcze czekasz?

No, to do boju, ktoś musi uratować ten świat...

No, to do boju, ktoś musi uratować ten świat…

Autor: Sitheral
Data: 4 października 2013, 20:15

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *