»Final Fantasy VI – Recenzja

FF III czyli VI, czyli…

Gra, która bywa uważana za najlepszą, bądź jedną z najlepszych w swoim gatunku. Zaskakujące? Chyba tak, bo przecież Final Fantasy VI (wydana początkowo w USA z numerkiem 3) powstała już ponad 15 lat temu! Cóż więc jest w tej grze takiego przełomowego, co tak bardzo wciąga, że niektórzy ośmielają się na tak zuchwałe opinie? Po kolei…

Śmierć magii?

„Dawno temu, świat zniszczyła Wojna Magów. Zmieniła go w pustkowie, a magia przestała istnieć…”. Te pesymistyczne słowa witają nas na samym początku gry, uświadamiając nam, iż Final Fantasy VI to początek dużych zmian. O ile wcześniej światem ostatniej fantazji rządziła magia (dla przykładu w piątej części mieliśmy czarnych, białych, czerwonych, niebieskich, czasowych i przyzywających <uff!> magów, a technika ograniczała się do dziwnych pomysłów i wynalazków Cida), o tyle w szóstej części została ona całkowicie wyparta przez przemysł. Dziś już wiemy, że to właśnie szóstka zapoczątkowała niezwykle udane połączenie magii i techniki, znane z późniejszych części oraz innych gier ze stajni Square.

Ale, ale! Czy magia rzeczywiście umarła? Czy będziemy skazani na grę w steampunkowym klimacie, w którym czarni magowie z konieczności zamienią różdżki na pepesze, a leczyć będą się Polopiryną? Na szczęście nie jest tak źle. Oto bowiem na scenę wkracza Terra – niewolnica potężnego Imperium (dlaczego zawsze musi być takie?), obdarzona zdolnościami niedostępnymi dla przeciętnych śmiertelników… Jak się wkrótce przekonamy, nawet samo Imperium nie śni o prawdzie, jaka stoi za pochodzeniem jej mocy. Nie zdradzając szczegółów, skupmy się na samej bohaterce. Warto bowiem rozważyć pewien dylemat. Z jednej strony można założyć, że to Terra jest główną bohaterką gry, co samo w sobie zasługuje na odnotowanie – nigdy wcześniej (chciało by się napisać – ani później, ale podstępni Japończycy powtórzyli ten zabieg w części XIII) główną bohaterką gry Final Fantasy nie była kobieta! Zapewne jednak czekacie na „drugą stronę”. I słusznie, bo tu właśnie kryje się prawdziwa sensacja-innowacja. Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto jest głównym bohaterem gry. Tak, tak! Squaresoft całkowicie odrzuca tu klasyczną formułę „wybraniec i jego świta”. Jedyne co wyróżnia w grze Terrę, to duży wpływ jej osoby na wątek fabularny. Co do wyboru postaci natomiast panuje zupełna wolność i swoboda, tak że można przejść całą grę i nie domyślić się, kto jest jej „main hero” (wiem to autopsji).

Można, a nawet powinno się więc zapytać: kim są te „inne” postaci, że ktokolwiek chciałby dla nich odsunąć głównego bohatera od drużyny? Zazwyczaj przecież to właśnie on jest najlepiej rozwiniętą, dopracowaną postacią, o której wiemy najwięcej i którą najłatwiej polubić. I tu po raz kolejny FF VI daje nam prztyczka w nos – postacie w grze są bowiem jej zdecydowanie najmocniejszym punktem. Co prawda w każdej kolejnej części Squaresoft realizowało swój misterny plan tworzenia charyzmatycznych, głębokich, powiązanych ze sobą i z fabułą postaci, jednak to „szóstka” po raz kolejny okazała się kamieniem milowym. Grywalnych postaci mamy tu aż czternaście. Ale jakich postaci! Tak niezwykłej galerii osobliwości świat jRPG wcześniej nie widział. To właśnie FF VI pozwoliło po raz pierwszy na takie zżycie się z głównymi bohaterami, że w Internecie zaczęły pojawiać się spekulacje i całkiem poważne dyskusje na ich temat (czy Shadow jest ojcem Relm? Kim tak naprawdę jest Gogo?). Nic zresztą dziwnego – postacie są niezwykle plastyczne, mają swoje wady i zalety, swój charakter. Nie są już zbiorem pikseli, ale wiernymi kompanami rozgrywki. Każdy może zachwycić i stać się ulubieńcem. Każdy (no… prawie) ma jakieś „tło historyczne” (niektóre nawet możemy poznać opcjonalnie, jako swoisty „sekret” – Shadow), powiązania z innymi postaciami, swoje osobiste miejsce w fabule, które bez niego stało by się puste.

Dom Wielkiego Brata opuści...

Dom Wielkiego Brata opuści…

A co z czarnymi charakterami? Spokojnie, o nich również nie zapomniano! „Główni źli” serii doczekali się poważnej renowacji: w poprzednich częściach był zazwyczaj jeden potężny charakter, który z sobie wiadomych powodów pragnął zniszczyć świat. Jednak już w Final Fantasy V pojawiły się oznaki nadchodzących zmian. Pojawia się tam sługa złego Exdeatha – Gilgamesh, który jest postacią niemal tragikomiczną i wzbudzającą naszą sympatię. Ba, nawet pomaga nam w jednej z walk! Twórcy serii Final Fantasy postanowili pójść w tę stronę. Mamy więc fioletową ośmiornicę, Ultrosa – postać prawdziwie komiczną i skarbnicę powiedzonek, którego nieudolne próby zaszkodzenia nam śmieszą i sprawiają, że wcale nie wydaje się on być czarnym charakterem. Sukces tej postaci spowodował kontynuację tego motywu w dalszych częściach – tam również często pomniejsi źli bohaterowie bardziej śmieszą nas, niż straszą. Ale Ultros to tylko przystawka! Głównym daniem gry jest bowiem Kefka – i tu już panowie ze Square zagrali po mistrzowsku. Koniec z potężnymi magami, czerpiącymi z najgłębszych pokładów zła, których jedyną ambicją jest przejęcie władzy nad światem – Squaresoft powiedziało im dość! Kefka Palazzo to jeden z generałów Imperium, który teoretycznie musi wykonywać rozkazy złego Imperatora Gestahla. Nic z tego! To podstępna kreatura, która tylko czeka, żeby wygryźć szefa ze stanowiska. Kefka jest mały, złośliwy, łatwo się wścieka i z początku jest całkowicie zależny od swoich żołnierzy. Nie dajmy się jednak zwieść – ten zachwiany psychicznie cwaniak tylko z pozoru stanowi nikłe zagrożenie. Wkrótce przekonujemy się, że jest on zdolny do poważnych okrucieństw. Nie to jest jednak ważne (choć mieszkańcy królestwa Doma mogliby się ze mną nie zgodzić), lecz to, że główny zły po raz pierwszy zyskuje prawdziwą głębię. Nie jest już celem do pokonania, ale złożonym psychicznie (choć niezrównoważonym) człowiekiem, którego chciało by się zrozumieć, poznać motywy nim kierujące (a potem zabić, mwahahaha!).

Jak głosi stare, chińskie przysłowie...

Jak głosi stare, chińskie przysłowie…

Najpierw koniec świata, a potem napięcie rośnie

Wiemy już, że magia tak do końca nie zginie, przyjrzyjmy się więc na spokojnie samej fabule. Otóż 1000 lat po Wojnie Magów, w której starły się potężne boginie, a świat cierpiał z powodu destrukcyjnych bitew magicznych, ludzie rozwinęli cywilizację opartą na przemyśle. Jednak nieważne jak bardzo ludzkość stara się zapomnieć o katastrofalnej w skutkach mocy, zawsze ktoś wywlecze ją z powrotem (tacy już jesteśmy!). I tak też jest i tym razem. Potężne mocarstwo, rządzone przez Imperatora Gestahla, sprawuje władzę nad sporą częścią kontynentu. To wcale jednak nie zaspokaja ambicji Imperatora, który chciałby rządzić całym światem (nic oryginalnego, prawda?) Niestety! Przebrzydli ludzie jakoś nie chcą się poddać Imperium, w dodatku do Gestahla dochodzą pogłoski o wciąż wzmacniającej się organizacji Returners, stanowiącej zbrojne podziemie antyimperialne. Na „szczęście” Imperium jest już bliskie zdobycia czegoś, co pozwoli zdławić wszelki opór. Domyślacie się, o co może chodzić? Ku utrapieniu Gestahla magia pozostaje jednak zamknięta w świecie Esperów – mitycznych bestii, które po Wojnie Magów postanowiły odseparować się od ludzi. Imperator i jego wierny (?) generał Kefka nie spoczną jednak, dopóki nie położą swych brudnych łap na tajemnicy magii. Kluczem do całej sprawy ma być właśnie Terra, która ma w sobie coś dziwnego… Sytuacja komplikuje się jednak, gdy nasza bohaterka wchodzi w kontakt z zamrożonym Esperem – co wywołuje reakcję, której nikt się nie spodziewał.

Fabuła w FF VI wciąga jak odkurzacz, a przy tym urzeka innowacyjnością. Nie chodzi tu już o uratowanie świata (choć oczywiście, w pewnym sensie tak się to kończy). Początkowo nasi bohaterowie, wspierając Returners, chcą tylko zdetronizować Gestahla. W pewnym momencie dochodzi nawet do rozmów pokojowych z Imperium! Daremne jednak nasze nadzieje, bo wszystko to okazuje się kolejną sztuczką i znów musimy dać „tym złym” nauczkę. Wkrótce przekonujemy się, że nasz los jest bardziej związany z tajemniczymi Esperami, niż mogłoby się to z początku wydawać, a samo pokonanie Imperium nie wystarczy. Tym bardziej że na głównego złego wyrasta Kefka, człowiek kompletnie nienormalny, który funduje nam koniec świata. Tak, tak! Nie chcę zdradzać szczegółów, ale ten szaleniec zmienia świat nie do poznania. A to dopiero połowa gry! Nie muszę więc chyba udowadniać, że wątek fabularny obfituje w zaskoczenia i zwroty akcji. Cieszy również to, że spora część fabuły jest oparta o historie innych niż Terra postaci. Jak już wspominałem, każdy charakter tworzy cząstkę fabuły i zdecydowanie nie jest to teatr jednego aktora. Z tego też powodu mamy sporo zadań pobocznych i rozmaitych smaczków, pozwalających nam poznać historie pozostałych bohaterów, a także zdobyć naprawdę potężne Espery, czary oraz relikwie. Warto również dodać, że niektóre postaci można w ogóle przegapić i nie dołączyć na czas do drużyny! Dlatego też warto słuchać „co w trawie piszczy”, żeby odkryć wszystkie sekrety dotyczące gry.

Mrożony Esper raz!

Mrożony Esper raz!

Weźmiesz jednego Espera…

O ile podstawowa mechanika gry nie uległa zmianie (dalej mamy pasek inicjatywy w walce, chodzenie po mapie świata etc.), o tyle warto przyjrzeć się zmianom, jakie w niej zaszły. Po pierwsze, zrezygnowano z systemu klas, znanego z piątej części. Mogliśmy tam każdą postać przerobić na dowolną poznaną „klasę”, jak to zwykle bywa w RPGach taktycznych. Każda z nich miała swoje zdolności, które były przynależne klasie, a nie postaci. System klas był ciekawym rozwiązaniem, jednak Squre uznało, że nie o to im chodzi. Dlatego też powrócono do specjalnych zdolności każdej postaci, tak jak to jest w dalszych częściach serii. Czy słusznie? Z pewnością wzmacnia to autentyczność bohatera – każdy z nich posługuje się inną zdolnością, wyróżniającą go spośród drużyny. Trzeba jednak przyznać, że często zdolności te (zwłaszcza pod koniec gry) pełnią jedynie rolę ciekawostek czy ozdobników, ponieważ skuteczniejsza w walce jest siła fizyczna lub magia.

Wspominając o magii, dochodzimy do Esperów. Czym więc są te stwory, o których ciągle się w tej recenzji mówi? Ano niczym innym, jak tylko bardzo rozwiniętą magią przyzywania. Znamy to już z poprzednich części – Ifrit, Shiva, Ramuh… w grze mamy ich aż 27 (niestety w dalszych częściach serii było ich często znacznie mniej). Jednak tym razem Espery są niezbędnym czynnikiem wspomagającym rozwój naszych postaci – otóż możemy takiego nie tylko przyzywać, ale również… ekwipować! Każdy Esper ma określone czary, których uczy stopniowo swojego użytkownika. Dodatkowo, każdy z nich ma wbudowany jakiś bonus do statystyk, który jego posiadacz dostaje wraz z osiągnięciem kolejnego poziomu. Oczywiście Esperami możemy dowolnie dysponować, zmieniając ich użytkowników jak rękawiczki. Ważną rolę odgrywają również relikwie, czyli specjalne przedmioty, dające rozmaite bonusy i zdolności. Niektóre z nich są specjalnie przeznaczone dla konkretnych postaci, inne jednak musimy sami dopasować, aby stworzyć jak najużyteczniejszych bohaterów. Mamy tu więc kolejny stopień nieliniowego rozwoju postaci, który staje się prawdziwym atutem serii Final Fantasy.

Warto również nadmienić o „near-death attacks”, czyli specjalnych ciosach mogących się aktywować, kiedy nasz ulubieniec jest w bardzo kiepskim stanie. Jest to oczywiście zaczątek znanych z dalszych części Overdrive, Trance i tym podobnych zdolności. Jednak z niewiadomych przyczyn w FF VI takie krytyczne ciosy zdarzają się niezmiernie rzadko… Może to z resztą być spowodowane poziomem trudności gry, który jest raczej niski (szczególnie po zdobyciu wszystkich sekretnych Esperów i czarów nikt nie może nam podskoczyć) i z tego też powodu rzadko jesteśmy „bliscy śmierci”.

A mama ostrzegała: nie drażnij głodnego Bahamuta!

A mama ostrzegała: nie drażnij głodnego Bahamuta!

Muzyka duszy

Oprawę audiowizualną zacznijmy od słabszej połowy, czyli grafiki. Nie mówię jednak, że grafika w FF VI jest słaba. Przeciwnie, możemy dostrzec postępy w stosunku do wcześniejszych gier, jak choćby FF V – na uwagę zasługują zwłaszcza duże „portrety” postaci, które witają nas w statystykach – dzięki temu możemy zobaczyć jak naprawdę wyglądają nasi pikselowaci ulubieńcy. Co do reszty, cóż – SNES nie pozwala na szczególne rozwinięcie skrzydeł (choć w późniejszych latach powstały znacznie ładniejsze gry na tę konsolę). Ogólnie biorąc, jest poprawnie.

Inaczej sprawa ma się z muzyką. Genialny Nobuo Uematsu, kompozytor odpowiedzialny za muzykę niemal całej sagi Final Fantasy, stworzył tym razem prawdziwe arcydzieło. Grając w dobrych kilkadziesiąt jRPG-ów mogę stanowczo powiedzieć – tak klimatycznego soundtracku nie ma żadna inna gra. W grze możemy usłyszeć 60 utworów, a każdy z nich jest idealnie dopasowany do sytuacji, każdy godny ściągnięcia na dysk i zapamiętania. Szczególnie zachwycają motywy postaci, które są jeszcze jedną cechą podkreślającą ich wyjątkowość – każdy z nich jest inny, specyficzny, oddaje charakter danego bohatera. Doprawdy, soundtracku z FF VI można słuchać w nieskończoność!

Wyższa Szkoła Efektów Specjalnych w Wąchocku przedstawia: Retrospekcja.

Wyższa Szkoła Efektów Specjalnych w Wąchocku przedstawia: Retrospekcja

Magia wciąż żywa

Choć na początku gry dowiadujemy się o śmierci magii, to Final Fantasy VI przekonuje nas, że jest grą iście magiczną. Pomimo 16-bitowej grafiki Squaresoft zdołało bowiem stworzyć niewielkie arcydzieło, grę z wciągającą, zaskakującą fabułą, pełną charyzmatycznych postaci, okraszoną znakomitymi utworami muzycznymi. Dlatego też nie szokują mnie opinie niektórych ludzi twierdzących, że FF VI to nie tylko najlepsza gra na SNES-a, ale też najlepsze jRPG, jakie kiedykolwiek powstało! A zapewniam Was, że nawet w erze 16 bitów konkurencja w tej dziedzinie jest naprawdę spora.

Na plus:

  • Charyzmatyczni, obdarzeni własną historią i umiejętnościami bohaterowie
  • Powiązania między bohaterami
  • Niesztampowi antagoniści
  • Wciągająca, wielopłaszczyznowa fabuła
  • Wiele innowacyjnych elementów, znanych z późniejszych części
  • Znakomity soundtrack

Na minus:

  • Niektóre elementy i postaci potraktowano po macoszemu

Ocena końcowa: 10/10

Autor: Garrox
Data: 2 listopada 2013, 12:30

Komentarze na temat “Final Fantasy VI – Recenzja”

  1. Michał napisał(a):

    W Final Fantasy VI grałem będąc małym, i gram wciąż. Odkryłem każdy zakamarek tej gry, i znam ją na pamięć, a mimo to się nie nudzę. To jest nie tylko najlepsza gra na SNESa i najlepszy jRPG. To po prostu najlepsza gra świata. Żadne Saints Rowy nigdy nie będą w stanie dorównać tej grze, chociaż pytanie – czy to jeszcze jest gra? Bo dla mnie to dzieło sztuki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *