»Gakkon 2 – Relacja

Dawno nie byłem w Łodzi, oj, dawno. Ostatnią moją konwentową wizytą był Childhood od firmy MiOhi –  znany też jako Chapter 3 – z czasów gdy MiOhi jeszcze bawiło się w numerowanie swoich imprez w ten sposób. Wcześniej byłem na niesławnym Funekaiu, robionym przez nieistniejącą już ekipę Łódź Sparta Squad. Inna sprawa, ze prócz tych imprez podczas mojego konwentowania nie było zbytnio na co jechać do tego miasta. Ot czasem jakieś mini konwenciki w okolicy czy festiwal gier i komiksu, który jednak konwentem nie jest. W tym roku nadarzyła się okazja pojechać na konwent Gakkon 2 robiony znów przez łodzian. Na pierwszej edycji być nie mogłem, a słyszałem trochę pozytywnych opinii, więc postanowiłem sprawdzić na własnej skórze jak się sprawy mają.

Teraz akapit podróżniczy, wiec zainteresowani tylko konwentem mogą go ominąć. Tym razem wszystko było zaplanowane, kierowca na miejscu dzień wcześniej, szybki wyjazd, krótka podróż, wszystko spoko. Skończyło się na siedzeniu do późna, małym zaspaniu i ponad godzinnym opóźnieniu z wyjazdem, nie wspominając o kilogramach nadprogramowego bagażu. Do Łodzi dotarliśmy w miarę szybko, by potem przez kolejną godzinę zwiedzać korki w mieście. Nie polecam.

Po dotarciu na miejsce w okolicach czternastej zobaczyłem kolejkę na około sto osób (chociaż zaznaczam, że kiepski jestem w liczeniu tłumów), którą zgrabnie ominąłem w celu szybkiego ulokowania kilogramów bagażu w sleepie. Po powrocie odebrałem identa oraz wypchany reklamami informator. To pierwsze bez rewelacji, chociaż ze smyczką, to drugie zaś z zewnątrz prezentował się całkiem miło, ale niestety wnętrze miało kilka wad. Nieaktualny i nieco nieczytelny plan atrakcji, doczepiona zszywaczem strona oraz widoczne ślady korekty. Dla niektórych to może mało istotne pierdoły, ale jakoś nie mogłem o tym nie wspomnieć. Po odebraniu niezbędnika konwentowicza rzuciłem raz jeszcze okiem na sprawnie przemieszczającą się kolejkę i wróciłem do budynku aby zrobić dokładniejsze rozeznanie przed faktycznym początkiem konwentu.

Konwent odbywał się na terenie (uwaga, długa nazwa) Wyższej Szkoły Studiów Międzynarodowych. Z zewnątrz szału nie robił, za to w środku robił naprawdę dobre wrażenie; aż momentami byłem ciekaw jak zniesie trzydniowy pobyt mangowców. Z góry jednak powiem, że specjalnej tragedii tam nie było – ot kilka toalet nie wytrzymało naporu (pewnie parę osób wykorzystało okazję stworzoną przez gasnące automatycznie światło w nocy). Szkoła była dosyć pokaźna i po trzech dniach konwentowania czułem w nogach ciągłe chodzenie po schodach. Niby w budynku była winda, ale teoretycznie była tylko dla obsługi – chociaż czasem miałem wrażenie, ze tylko ja się do tego stosowałem.

Samej szkole towarzyszyły luksusowe prysznice znajdujące się w budynku obok. Szkoda tylko, ze znajdowały się na najwyższym piętrze, więc pielgrzymka z pryszniców do sleepów ,znajdujących się na jeszcze wyżej w innym budynku, niwelowała sens całej eskapady. Ciekawostka, chciałem skorzystać z pryszniców w okolicach 19 (a chyba nikomu na konwencie nie zależało na tym tak jak mi, bo na mojej dzielnicy jakiś jajcarz odłączył ciepłą wodę na dwa dni przed konwentem, więc liczyłem na trochę ciepła), kiedy to miały zostać otwarte, a pocałowałem klamkę. Wystarczyło zagadać do helperów i już migiem otworzono budynek prysznicowy. Ogólnie wszystko można było bardzo sprawnie załatwić na tym konwencie – zarówno z orgami jak i helperami. Taka współpraca to ja rozumiem! No, ale wracajmy do meritum.

Konwent miał się zaraz zacząć, więc szybko udałem się do pobliskiej Biedronki po niezbędny prowiant do przetrwania konwentu, gdyż niestety na jego terenie nie było sposobności nabycia jakiegokolwiek jedzenia. No, nie licząc jednego food trucka, który owszem – żarcie miał całkiem niezłe, ale moim zdaniem porcje były zbyt małe jak na ich cenę (ciekawostka: gdy w sobotę wieczorem wybywali z konwentu, to podbili ceny jeszcze bardziej, wybierając się na inny na festiwal. Wariactwo).

Lekko spóźniony udałem się na panel o nazwie „Spotkanie z organizatorami”. Kiedyś niemal stały punkt programu, teraz rzadkość, a szkoda. Było dużo śmiechu, czasami trochę hermetycznego (Shippo nie wie) [no siema – dop. Shippo] oraz sporo ciekawych informacji dla początkujących konwentowiczów – a tych jak na moje oko na tym konwencie było całkiem sporo. Czas szybko płynął i zaczęła się kolejna atrakcja, a mianowicie „Piłka nożna na dalekim wschodzie”. Szkoda, ze tak mało osób na niej zostało, bo zawsze lepiej jak grono słuchaczy jest większe, no ale trudno – może następnym razem. To pewnie wina szkolnego Dziekana, czy kto to tam był, który co chwilę zaglądał do sali i zapraszał na jego panel obok.

Mając trochę czasu do następnych interesujących atrakcji udałem się na dokładniejszy zwiad po terenie konwentu. Na parterze znajdowała się szatnia, sala RPG/LARP oraz wszelakie sale muzyczne, takie jak UltraStar, Rock Band oraz DDR. To ostatnie rozpoczęło się z niemałym poślizgiem charakterystycznym dla jej twórcy (dotarł w okolicach 23!).

Pierwsze piętro to pierwsza z dwóch sal konkursowych, Dawne Komputery i Gry, która zaliczyła jeszcze większy poślizg niż DDR; z tego co usłyszałem twórcy dotarli na konwent około 3 w nocy, a salkę otworzyli w sobotę około południa. Na tym piętrze znajdowała się też salka Yiynova czyli raj dla grafików i rysowników komputerowych. Zajrzałem tam dosłownie raz, bo to nie moje klimaty. Zresztą, pewnie bym coś zepsuł gdybym siedział tam dłużej. Twórcy sali byli całkiem fajnymi ludźmi i miło się z nimi rozmawiało. Inni konwentowicze chyba podzielają moje zdanie, bo stanowiska były non stop okupowane zarówno przez ukształtowanych, jak i dopiero uczących się rysowników.

Drugie piętro to kolejna sala konkursowa, a także pojedyncza kulturowa oraz planszówki z dosyć pokaźnym wyborem gier. Dodam tutaj, ze na każdym z do tej pory wymienionych pięter znajdowało się kilku wystawców. Brakowało kilka istotnych stoisk, ale myślę, że każdy kto chciał wydać pieniądze na tym konwencie na pewno miał jak to zrobić.

Trzecie piętro to dwie sale prelekcyjne oraz chyba najżywszy sleep room, w którym w trakcie konwentu zrobiła się mini konsolówka z Wii U przyniesionym przez jednego z konwentowiczów. Ostatnie piętro to natomiast już tylko sleepy. Miejsca do spania nie brakowało, ale i tak parę osób wolało się kimnąć na korytarzu, ba czasami nawet na atrakcje wpadali helperzy i pytali czy wiemy, kto położył się przy drugich – rzadziej uczęszczanych – schodach.

Co rzuciło mi się w oczy to napisy na drzwiach czcionkami z różnych anime sportowych, w nazwy których wpleciono słowo Gakkon, wyglądało całkiem fajnie. Ponadto na każdej sali naklejony był plan atrakcji danej sali wraz z poprawkami, których stety/niestety nie brakowało.

Jedną ze zmian był występ kabaretu pod napięciem(link) w piątek zamiast w sobotę. Postanowiłem zobaczyć co to takiego i w sumie nie żałuję, było kilka żartów na siłę, kilka oklepanych akcji i czasami trąciło to sztucznością, ale nie powiem – parę razy uśmiałem się mocno. Kolorytu występowi nadawała jedna z konwentowiczek, której charakterystyczny śmiech przypominał fokę, więc została ochrzczona jako „Foczka”. Od jednego z uczestników usłyszałem, że niektóre skecze widział już na innym konwencie. Mam nadzieję, ze panowie jeszcze kiedyś pojawią się na jakimś wydarzeniu i wtedy sam będę mógł ocenić, ile z tych występów to recykling, a ile stanowią tam nowe pomysły.

Po kabarecie naszła pora na taniec i występ Fua Fua Rhytm, tym razem w jednoosobowym składzie w postaci Tomo. Publika jak zwykle szalała i o mało nie rozniosła namiotu, który służył za Maina. Występ był niestety króciutki, ale to nie był koniec zabawy, bo zaraz po nim uczestnicy wskoczyli na scenę i kontynuowali tańce.

Będąc w dobrym nastroju udałem się na wiedzówkę z anime emitowanych w polskiej telewizji. Konkurs był tragiczny. Prowadzących było troje (?!), a ledwo ogarniali temat. Chaos, brak organizacji, dziwne zasady i poziom trudności pytań, które to właściwie obejmowały kilka anime na krzyż, a na koniec stwierdzenie, że Pszczółka Maja to nie anime – spuszczam nad tą atrakcją zasłonę milczenia.

Ponieważ zawiało dramatem, nie zostałem na trollowej wiedzówce i udałem się do DDR-ki gdzie wreszcie łaskawie pojawił się def, bijąc kolejne rekordy spóźnienia na konwent. Później postanowiłem wpaść na screenówkę grową, którą jakimś cudem udało mi się wygrać mimo ogólnego zmęczenia. Jako, że pomału zaczynało się robić jasno, udałem się na krótką drzemkę. Niestety sen mam ciężki i mógłbym nie wstać na dziewiątą, więc wpadłem na doskonały w teorii plan. Poszedłem spać w sali, w której ów atrakcja miała się odbyć. Poprosiłem znajomą prowadzącą, by napisała na tablicy aby mnie obudzili rano i próbowałem spokojnie zasnąć. Nawet by mi się to udało, bo panel nie był głośny, ale jego treść mnie przerażała – ot gierki otome i przykładowy tytuł gdzie pokaźnej wagi pani musi schudnąć i im więcej schudnie tym lepszego faceta wyrwie, to stanowczo nie tytuł dla mnie.

O dziwo wstałem sam, a właściwie za w czasu obudził mnie dźwięki trwającego panelu o nowych mangach wychodzących w Polsce, nawet wsłuchałem się i ocknąłem całkowicie dzięki temu. Zaraz potem rozpoczął się panel Aldara o różnych śmiesznych/strasznych/ciekawych historiach z konwentów i jak dla mnie był stanowczo za krótki, godzina to zbyt mało na tak obszerny materiał – ale i tak było śmieszno, straszno i ciekawo.

Mając chwilkę czasu odświeżyłem zapasy i udałem się na panel o sportowych seriach prowadzonych przez Konradona. Prowadzący wspomniał o całkiem pokaźnej i różnorodnej liczbie serii jak na krótki czas, jaki mu przysługiwał, jednak jedyne z wymienionych, które mnie zainteresowały, już znałem; reszta to totalnie nie mój typ. Majac trochę przerwy udałem się do sleep roomu, gdzie czekała wspomniana wcześniej konsolówka. Tam tłumnie zagrywaliśmy się w Mario Kart 8, aż prawie przegapiłbym wiedzówkę z gier sportowych. Na szczęście udało się dotrzeć na tę atrakcję i dopisać kolejną wygraną do kolekcji.

Niedługo potem rozpoczynał się cosplay, na który po wieloletniej przerwie postanowiłem w końcu pójść. Nie żałuję ani trochę, było naprawdę fajnie, a kilka scenek rozłożyło mnie na łopatki, zwłaszcza ta z League of Legends (podlinkować).

Po cosplayu miałem trochę wolnego czasu, więc oddałem się szeroko pojętemu socjalowi integrując się ze znajomymi, gdyż aktualnie odbywające się atrakcje były totalnie nie w moich klimatach. Zwiedzałem też w końcu działającą sale ze starymi komputerami i grami, ale pomimo niemałej liczby sprzętu wydawała się pusta, a i dobór tytułów nie powalał –  szkoda, bo dobre opinie słyszałem do tej pory, może innym razem. Niby mogłem pójść na Maina, gdzie cały czas trwały koncerty ale jakoś muzyka do mnie nie przemawiała. Siedząc w budynku miałem wrażenie, że cały czas leci jeden kawałek i chyba ludziom też średnio się podobało, bo gdy przechodziłem w pobliżu, to main świecił pustkami. Udałem się pod prysznic, a tam ciekawe widoki. Ktoś spał w salce przed prysznicem, to w samej kabinie wybór żeli do kąpieli większy niż w Rossmanie, w zlewie ręcznik, na bojlerze ident, a na podłodze para rajstop. Co tam się działo to nie wiem, ale podejrzewam, że było wesoło.

Zbliżała się 22, wiec udałem się na występ Fumi Neko. Mimo znacznie mniejszej liczby widzów niż dzień wcześniej na solowym występie Tomo impreza była chyba jeszcze konkretniejsza i głośniejsza. Słyszałem, że publika zawsze dobrze się bawi na występach tych dziewczyn i po części widziałem to na Balticonie, ale teraz uczestniczyłem w całym występie od początku do końca. Super sprawa, polecam innym.

Zaraz po koncercie udałem się na OST-ówkę grową; niestety tym razem byli lepsi, wiec poległem (drugie miejsce to jak porażka). Zniesmaczony poszedłem spać w panelówce aby wstać na kolejną interesującą mnie atrakcje, a mianowicie panel o jRPG-ach Dreda. Nawet mi się udało, bo obudziłem się akurat gdy prowadzący wspominał o FFVII, nie omieszkałem skorzystać z sytuacji i dosadnie oznajmić co sądzę o najbardziej przereklamowanej grze w dziejach.

Po krótkiej dyskusji udałem się na kreskówkową screenówkę autorstwa tego samego puszystego pana co panel jRPG-owy i tam też poległem sromotnie widząc połowę tytułów pierwszy raz na oczy – nie wiem skąd on je wziął. Liczyłem, że odkuje się na multitematycznych kalamburach, ale tam też zmęczenie materiału (drużyna, niestety, niekumata) zrobiło swoje i zająłem z ekipą zaszczytne drugie miejsce… na dwa możliwe.

Miałem w planach odwiedzenie jeszcze dwóch atrakcji, jednak niestety zmotoryzowana część załogi chciała już wracać, a ja – będąc od nich uzależniony – zmuszony byłem zrobić to samo i w swojej blisko 80 konwentowej historii bodajże drugi raz nie zostałem do końca konwentu, czego żałuję.

Jak oceniam konwent jako całość? Bardzo dobrze! Były pewne braki, głównie sprzętowe, ale organizacja robiła co mogła. Nie mogę też nie docenić, że na Mainie odbywało się coś innego niż cosplay – oby więcej konwentów podążało tą drogą, bo warto i tak w sumie jeszcze było do niedawna. Na pewno zajrzę na ewentualną edycję za rok. Jakby jeszcze organizacji udało się wygospodarować więcej sal na atrakcje czy większą liczbę wystawców, to można by było już teraz można rezerwować wolny czas. Chociaż ja już teraz nie żałuję, ze zamiast być na radzie pedagogicznej wybrałem eskapadę do Łodzi.

Autor: CELL767
Data: 10 listopada 2015, 14:22

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *