»Japanicon 6 – Relacja

Pamiętam czasy, jak Poznań był białą plamą na konwentowej mapie Polski. Owszem, był Pyrkon, wtedy jeszcze w szkołach, ale jak to na fantastycznych konwentach bywa, M&A były gdzieś na uboczu (to się akurat nie zmieniło). Co jakiś czas pojawiały się propozycje nowych imprez ale zazwyczaj kończyło się na szumnych zapowiedziach i marzeniach. Parę lat temu krakowska firma MiOhi postanowiła zrobić konwent dla poznaniaków o nazwie Japanicon. Najwidoczniej impreza się przyjęła, bo w tym roku odbyła się już szósta jej edycja. Jak było tym razem? Lepiej? gorzej? bez zmian? Zapraszam do lektury.

Na wstępie zaznaczam, że moja relacja będzie nieco inna niż zazwyczaj. Niestety mieszanka karotenu, kofeiny oraz czekolady nie wpływa dobrze na pracę żołądka. W związku z tym sporą część konwentu nie byłem w stanie normalnie funkcjonować, toteż tekst nie będzie pisany tak, jak zazwyczaj.

 Lokalizacja

Tradycyjnie konwent odbył się w Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 4 im. ks. prof. Józefa Tischnera (ostatnio coś długie te nazwy conplace’ów). Miejscówka towarzyszy Japaniconowi od pierwszej edycji i nic nie wskazuje na to, by coś miało się zmienić. Jak dla mnie jest to jedna z lepszych szkół konwentowych, bardzo przestronna (ponad 2 tysiące uczestników pomieściło się bez problemu), świetnie zaopatrzona w sprzęt dla atrakcjonistów, położona w całkiem niezłej, dobrze zaopatrzonej w podstawowe sklepy okolicy (no dobra – dojazd trochę lipny, w dodatku wyjazd w tym roku utrudniony ze względu na rzesze maratończyków) (stałem w konkretnym korku i prawie się spóźniłem na swój pociąg – dop. Mkali).

Atrakcje bez lub z minimalnym prądem

Było w czym wybierać, oj, było. Spragnieni wiedzy czy wygrywania konkursów mieli do dyspozycji trzy sale PZTA, jedną od Anime 24, dwie zwykłe sale panelowe oraz po jednej konkursowej i kulturowej. Ponadto mieliśmy takie ciekawostki jak sala warsztatowa, czytelnię komiksów, którą w nocy przerobiono na sleeproom (świetny pomysł z salką) oraz – uwaga, znowu długa nazwa – Salę Trzeciego Najemnego Oddziału Piechoty Japońskiej. Myślicie, że to wszystko? Otóż nie! Na konwencie jest pewna nisza i są to planszówki oraz sala gier japońskich zwana potocznie J-Games Roomem; te salki również znalazły swoich entuzjastów. Nie mógłbym nie wspomnieć o Main Roomie. Tam też było co robić. Zazwyczaj w takim miejscu organizowany jest tylko cosplay i może jakiś koncert. Tym razem główny pokój wręcz wypełniony był wszelakiej maści atrakcjami od warsztatów tanecznych, przez pokazy cosplay, po występ LeChat, a na karaoke kończąc. Żywszy main to coś czego brakuje konwentom od jakiegoś czasu, wiec duży plus.

Atrakcje elektroniczne

Tu tez było w czym wybierać. Prócz elementów stałych każdego większego konwentu, takich jak konsolówka, DDR Room, Ultra Star czy Rock Band, mieliśmy też przyjemność pograć w Pop’n Music, Beatmanię czy Sound Vortexa (chociaż ze sprawnością tego ostatniego bywało różnie). Nie zabrakło też coraz częściej pojawiającej się sali – Osu Roomu.

Wystawcy

Japanicon słynie z tego, ze zaraz na wejściu mamy wielki otwarty teren, gdzie można upchnąć rzesze wystawców, dzięki czemu ci nie tarasują korytarzy. Wybór był dosyć spory i chyba tylko na Magnificonie można obkupić się bardziej. Było wszystko: od koszulek, przez gry, pluszaki, poduszki po mangi na wszelakiej maści twórczości własnej kończąc. Kto miał pieniądze był w niebie, kto nie miał, to… no, ja też żałuję.

Wyżywienie

W okolicach konwentu sklepów nie brakuje, ale co, jeśli ktoś jest na tyle leniwy i ciężki i nie chce mu się opuszczać budynku? No to mógł mieć problem. Na ternie imprezy stało kilka automatów, w tym tradycyjnie jeden nie działał od początku imprezy, a inny zepsuł się w trakcie. Ponadto otwarty był szkolny sklepik, ale chyba znowu dosyć krótko, bo jak chciałem się do niego udać to znowu pocałowałem klamkę, jakoś mam do niego pecha. Ponadto na konwencie MiOhi nie mogło zabraknąć stoiska z Bubble Tea, z którego chętnie skorzystałem. Ponadto w jednej z sal mieścili się Taiyaki House, oferujący różne słodycze, oraz Hidamari Sushi, gdzie można było zakupić to, na co wskazuje nazwa. Niestety nie skorzystałem z ich usług, ale chętnych nie brakowało (skąd ta młodzież ma tyle kasy?!).

Nagrody

Nagrody to ostatnio ciężki temat. Nie tylko na konwentach MiOhi, ale ogólnie na imprezach tego typu panuje posucha w tym temacie. Często punkty wydaje się na siłę lub rozdaje losowym ludziom. Tym razem było podobnie. Katanę zgarnął ten sam pan, co zwykle. Mi przypadła w udziale mniejsza broń biała, pewna mało znana maska, pierwszy tom Haganai i kilka pomniejszych drobiazgów. W większości w sklepiku konwentowym przeważały mangi i podkładki. Niby nie najgorzej, ale były strasznie monotematyczne, przez co brało się cokolwiek innego (a ja trafiłem jakieś gotycką mangę oraz strój Pikachu – dop. Mkali).

Podsumowanie

Odkąd jeżdżę na Japanicon, to zawsze wracam co najmniej zadowolony. Nie inaczej było tym razem. Z roku na rok staje się on coraz lepszą i coraz tłumniej obleganą imprezą, a data każdej kolejnej edycji to czas, podczas którego kiedy moja szefowa musi oglądać mój wniosek urlopowy. Byłem w tym roku, będę i w następnym, Wam polecam to samo.

Autor: CELL767
Data: 16 stycznia 2016, 10:48

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *