»Lightning Returns: Final Fantasy XIII – Recenzja

Na sagę trzynastki wylano już setki pomyj, skrytykowano chyba wszystko co można. Ja jednak przy poprzednich częściach nie bawiłem się tak źle, owszem pierwsza część to symulator rynny bobslejowej, a druga pozostawia spory niedosyt i wiele niedomówień, jednak coś ciągnie mnie do tej historii, więc czekałem na powrót Lightning, aby zobaczyć jak zakończy się ta cała historia. Czy było warto? Zapraszam do lektury.

Historia Lightning i spółki to chyba najbardziej kontrowersyjna saga w dziejach jRPG-ów. Nowa generacja, nowe nadzieje, oczekiwano genialnej gry, przełomu i w sumie sam nie wiem czego jeszcze. Wielkie, czy też raczej wybujałe oczekiwania tłumaczyłyby dlaczego wylano hektolitry jadu na pierwszą trzynastkę, a potem siłą rozpędu oberwało się całej serii.

lightning_returns_recenzja_cell_1

Dosyć o przeszłości, bo to temat na inny tekst, czas na danie dnia, czyli Powrót Błyskawicy. Grę, która miała zamknąć wszystkie wątki i ładnie dopełnić trylogię. Byłem ciekawy jak to zrobią i czy będzie to miało sens, bo wiele zostało do wyjaśnienia, a zwiastuny dodawały coraz więcej pytań. Skąd starzy znajomi? Co z Serah? Co tu robi Lightning? To tylko jedne z wielu pytań, które fruwały mi od lewego do prawego ucha. Ale wszystko w swoim czasie.

Akcja zaczyna się w świecie Nova Chrysalia mieszczącym się na czterech kontynentach zanurzonych w morzu chaosu. Nie jest to żaden nowy świat, to ten sam, w którym dotychczas toczyła się akcja, ale 500 lat później. Co więcej okazuje się, że długo już nie pociągnie. Okazuje się też, że został przerwany cykl życia i ludzie się nie starzeją, ale też nie są w stanie się rozmnażać. W tym momencie wkracza Lightning, która na rozkaz Bhunivelze, który jest głównym bóstwem w tym uniwersum, ma za zadanie uratować jak najwięcej dusz, zanim skończy się świat. Ci, których ocalimy przeniosą się do nowego, lepszego świata stworzonego specjalnie przez Bhunivelze.

lightning_returns_recenzja_cell_2Fabuła nie jest wysokich lotów. Zawsze wiedziałem o kim mowa, kogo zaraz spotkamy, co się wydarzy. Do tego praktycznie zero zwrotów akcji – tylko kilka razy byłem zaskoczony jakimś wydarzeniem. Niestety jeśli chodzi o aspekt najważniejszy w jRPG-ach to XIII-3 leży i kwiczy. Obrazu dopełnia jeszcze zaskakujące, acz w moim odczuciu niepotrzebne i koszmarne zakończenie.

Są jednak tacy, którzy uważają, że fabuła nie musi być pokręconą historią, a dobry jRPG bronić może się też ciekawą mechaniką i systemem. Jeśli tak postrzegać sprawę to Lightning zdaje egzamin pod każdym względem. Zacznijmy od gameplay’u. Poruszamy się naszą heroiną i TYLKO nią, nie mamy w drużynie nikogo innego. Ba, nie ma czegoś takiego jak drużyna, jedynie w kilku momentach dostajemy pomoc na wzór stworków z XIII-2, ale głównie jesteśmy skazani na siebie. Świat jest duży i żywy, mamy tutaj dwa miasta, w tym jedno pełniące rolę stolicy kulturowej, pustynię oraz dzikie łąki i pola. Po trailerach można było mieć wrażenie, że otrzymamy krzyżówkę Mirror’s Edge oraz Assasina, na szczęście obeszło się bez dziwnego miszmaszu, a często prezentowany zjazd na rurze jest rzadkim wydarzeniem. Nie tylko ze względu na częstotliwość występowania tychże, ale też dlatego, że skoki są bardzo nieintuicyjne i najzwyczajniej ciężko w ową rurę trafić. Przeciwników mamy na widoku, możemy ich ominąć lub zaatakować (tudzież dać się zaatakować), walczymy tak naprawdę tylko, aby zdobyć kasę i nowe surowce, gdyż postać leveluje tylko i wyłącznie jeśli wykona jakieś zdanie. Moim zdaniem fajny pomysł, chociaż wiem, że wielu nie spodoba się takie rozwiązanie. Z drugiej strony statystyki zwiększają się od razu o kilka/naście/dziesiąt punktów, więc sens został zachowany. Niestety samych misji nie jest zbyt wiele. Dosłownie kilka questów fabularnych, kilkadziesiąt zadań pobocznych od NPC-ów oraz tzw. Canvas of Prayers gdzie odbieramy prośby od ludzi polegające z reguły na pokonaniu X liczby przeciwników, przyniesieniu konkretnej liczby surowców lub odnalezieniu przedmiotów w losowych miejscach. Co ciekawe, te ostatnie możemy znaleźć zanim w ogóle odblokujemy przypisane do nich misje, dzięki czemu później nie akceptujemy konkretnego zadania, tylko od razu odhaczamy je jako wykonane.

lightning_returns_recenzja_cell_3Osobny akapit należy się dla jednego z kluczowych aspektów gry, który pewnie niejednego mógł zniechęcić do zakupu, mianowicie czas. Ten ciągle płynie i ucieka, a naszym zadaniem jest wykonywanie questów, aby zdobyć go jak najwięcej. Maksymalnie możemy grać 13 dni. Dużo to, czy mało, zapytacie? Przez ostatnie 3 dni łaziłem sobie po świecie, bo wykonałem prawie wszystkie zdania, ale wcześniej gnałem dosłownie jak szalony. Używałem zatrzymania czasu, kilka walk, by podreperować nasz pasek EP, misja i tak w kółko. Tu wypada wyjaśnić czym jest EP – to nasze punkty konkretnych umiejętności, jak limity, znana Curaga, ucieczka (na Easy darmowa), teleporty po mapie świata, czy właśnie chwilowe zatrzymanie czasu. Wszystkie zdobywamy za pokonanych wrogów, więc jednak trzeba czasem powalczyć. Podsumowując, czasu wystarczy, a nawet jeśli się nie wyrobimy, to możemy zacząć od nowa dzięki New Game+. Pozostają nam wtedy wszystkie zdobyte przedmioty i umiejętności, więc następnym razem jest dużo łatwiej.

Właśnie… łatwiej. Na początku wybieramy, czy gramy na Easy, czy Normalu i osobiście nie wyobrażam sobie przejść gry na Normalu za pierwszym razem. Nawet na Easy jest piekielnie ciężko, mimo iż mamy niezły handicap w postaci odnawiania HP po walkach, czy darmowej ucieczki z walk. Jest ciężko i to bardzo. Momentami zwykli przeciwnicy orali mną pola, mimo iż miałem dosyć dobrze wyposażoną postać. Paradoksalnie finałowy boss to kaszka z mleczkiem, niemająca porównania do dungeonów przed nim. Boss najprostszy w całej trylogii, cała reszta najtrudniejsza, ot takie wyważenie.

lightning_returns_recenzja_cell_4Wspomniałem wcześniej, że mamy jedną postać, więc jak bić? Otóż postać jedna, ale w trzech osobach/strojach, pomiędzy którymi płynnie się przełączamy. Przykładowo jeden strój robimy typowy do walki wręcz, drugi do rzucania czaru za czarem, a trzeci do obrony – kombinacji jest mnóstwo, tak samo jak mnóstwo jest strojów do wyboru. Jeśli zaś mamy save’y z wcześniejszych części, to dostaniemy kolejne i to dosyć solidne. W praktyce sprawdza się to bardzo dobrze, walka jest dynamiczne, a jednocześnie zmusza do myślenia, gdyż każdy pasek ma swój własny ATB (Active Time Battle) i czasem trzeba wybierać, czy już atakować, czy jeszcze się bronić. Sami przeciwnicy zaś są w większości ci sami, co do tej pory, za co minus. Podobnie jak wcześniej, aby pokonać większość z nich trzeba naładować pasek Stagger, dzięki czemu stają się wrażliwsi na konkretne ataki. W tej części jednak trudniej o napełnienie tego paska. Plus jednak jest taki, że Libra (umiejętność polegająca na sprawdzeniu słabych i mocnych stron przeciwnika) jest tym razem zupełnie darmowa i większość informacji wiemy od razu. Coś za coś.

W trakcie eksploracji świata spotkamy też specjalnie oznaczonych NPC-ów. To inni gracze, którzy np. chcą nam pokazać fajny screen lub sprzedać jakiś przedmiot, którego akurat możemy potrzebować. Ot taka namiastka MMO. Prócz graczy spotkamy też NPC-a stworzonego przez Square Enix, który rozdaje nagrody dla grających, jeśli ci wykonają konkretne zdania. Zazwyczaj chodzi o kilkaset tysięcy screenów, fajna sprawa. Prócz screenów możemy też dzielić się swoimi wynikami z walk z bossami, a co! Niech inni wiedzą, że jesteśmy mocni.

lightning_returns_recenzja_cell_5Przejdźmy teraz do oprawy audiowizualnej. Tutaj mam mieszane odczucia. Świat i krajobrazy owszem wyglądają ładnie, ale w wielu miejscach widać surowe tekstury osadzone w niebycie. Czyżby twórcy myśleli, że nikt nie będzie się rozglądał, skoro świat do zwiedzania jest taki duży? Pamiętacie zapewne piękne animacje, którymi szczyciła się saga? Tu mamy ich bardzo malutko, praktycznie wszystko dzieje się na silniku gry. Z jednej strony smutno, z drugiej jest pewna spójność, bo nasza bohaterka jest wtedy w dokładnie takim stroju, jaki dla niej stworzyliśmy. Muzyka to inna kwestia, trzynastka miała miły soundtrack, ale bez fajerwerków. Druga część w moim rankingu jest blisko szczytu. Teraz zaś jest… słabo. Najlepsze kawałki to tak naprawdę te z wcześniejszych części. Jest kilka klimatycznych, ale ektazy przy nich nie przeżyłem. Ponadto lubią nagle się urywać, podobna sytuacja jak w Realm Reborn.

Cóż można by dodać, czego nie umieściłem wcześniej? Jest pewna ciekawa mechanika w grze – po zabiciu określonej liczby przeciwników pojawia się bezczelnie różowy przedstawiciel danego gatunku, tzw. Last One. Jest on szybszy, silniejszy i bardziej wytrzymały od swoich poprzedników. Gdy go pokonamy, cały gatunek znika z gry, a w danym miejscu pojawia się mniej przeciwników lub inni. Bardzo fajny patent oraz dodatkowe wyzwanie, bo niektórzy „ostatni” potrafią napędzić stracha. Mamy też koloseum, ale nie jest ono szczególnie interesujące, czy wymagające i gdyby nie wymóg pójścia tam w kilku questach, czy trofiki/achievementy, to nie byłoby warto tam zaglądać.

Skoro wspomniałem o trofikach to informacja dla wszystkich łowców – to najprostsza platyna ze wszystkich części. Brzmi sprzecznie, jeśli spojrzymy na poziom trudności, ale nie mamy tutaj żadnych długotrwałych, czy niewykonalnych trofików, szczególnie, że mamy wspomniany już New Game+.

lightning_returns_recenzja_cell_6Niestety gra nie ustrzegła się jednej z większych zaraz pustoszących rynek gier, a mianowicie DLC. Jest ich multum i z każdym tygodniem przybywa. Fakt, że to tylko stroje nie jest żadnym pocieszeniem, zwłaszcza że kosztują od 11 do 15 złotych za sztukę! Jest jedno darmowe DLC zawierające japońskie głosy, co akurat pochwalam, aczkolwiek nie skorzystałem, skoro całość przechodziłem do tej pory po angielsku.

Przedostatni akapit chciałem poświęcić na coś, co bardzo lubię w grach, a nie jest jakoś szczególnie istotne, a mianowicie smaczki i easter eggi. Nie ma ich tu szczególnie dużo, jest Biggs i Wedge, ludzie na ulicach przygrywają melodie z wcześniejszych części, za niektóre misje dostajemy ekwipunek z Realm Reborn z ciekawą adnotacją i właściwie to tyle. Lubię takie znajdźki, bo zawsze wywołują uśmiech na mej tłuściutkiej buźce. Podczas grania uśmiechnąłem się przy kilku dialogach i momentach i to w zasadzie tyle.

Ciężko mi ocenić ten tytuł. Z jednej strony leży fabuła – postacie są płytkie, ciągle głosząc różne patetyczne kawałki. No i ten zegar, który ciągle wywiera presję na grającym. Z drugiej strony nie mogę nie docenić świetnej mechaniki, otwartego świata, czy dynamicznych starć. Czasami miałem wrażenie, że gram w betę Final Fantasy XIV: A Realm Reborn, nawet niektóre lokacje są podobne. Dlaczego, zapytacie? A czy znajome są Wam zadania typu pobiegnij tu, ubij X tego, zanieś tam etc. i to wszystko w naprawdę sporym świecie? No właśnie. Najnowszy Final może odrzucić i znudzić, a jednocześnie znam ludzi mających po kilkaset godzin na liczniku. Mój na ten moment, po jednym przejściu zatrzymał się na 52 godzinach. Jeśli chcesz poznać zakończenie historii – przejdź. Jeśli lubisz grind – zagraj. Mechanika i menusy kręcą Cię bardziej niż fabuła – gra dla ciebie. Jeśli zaś lubisz się na spokojnie delektować graniem, to możesz się odbić, bo zegar tyka.

lightning_returns_recenzja_cell_7

Plusy

  • Duży świat
  • System rozwoju postaci i mechanika
  • Walki
  • New Game+

Minusy

  • Oprawa AV
  • Fabuła
  • Zakończenie

Ocena końcowa: 7-/10

Dziękujemy firmie Cenega za udostępnienie egzemplarza gry!

Autor: CELL767
Data: 13 kwietnia 2014, 19:42

Komentarze na temat “Lightning Returns: Final Fantasy XIII – Recenzja”

  1. Paka napisał(a):

    Ja należę właśnie do tej nielicznej grupki osób, którym „trzynastki” przypadły do gustu (tak, tak, widzę też ich mankamenty) i w nową część mam zamiar zagrać, po czym również strzelę jakąś recenzję.

  2. Pleiades napisał(a):

    No tak… Sama się nie pokuszę o recenzję trzeciej odsłony trzynastki, ale na pewno masz w większości rację. Nie przeszłam jeszcze gry do końca, więc… wszystko przede mną ;) Mechanika i zmiana strojów bardzo mi się podoba,cierpię natomiast na niedostatek nowych stworów (znów atak klonów). Muzyka jak dla mnie była genialna w FFXIII, w 13-2 była też dobra (bo wiele kawałków ZNÓW pochodziło z trzynastki), natomiast teraz chyba wszystko to jest to, co słyszeliśmy już wcześniej. Grafika ujdzie – ale nie na niązwracam uwagę (przełom wg mnie nastąpił w 13-2, kiedy wreszcie była widoczna trawa), a cała otoczka online jest niestety dużo gorsza niż np. w WKC. Ciekawe tylko dlaczego tak dobrze się bawię przy tej grze..? ;) Jak dla mnie grywalność spora, zwłaszcza jak ktoś sięprzywiązałdo postaci z sagi FF13.

  3. jesiotr napisał(a):

    Tak jak podejrzewałem – to nie jest gra dla mnie. Brak expa za moby, gra tylko panną (wole wcielać się w herosa a nie heroinę) no i ten zegar. Ten co go wymyślił niechaj (rzucam klątwę) do końca życia je spleśniałe suszi. Grę może kupię za 5 złotych na jakiejś cyfrowej wyprzedaży w PSN (Sony o dziwo ostatnio ostro przycięło ceny przy wielkanocnym rabacie – więc może w końcu wpadli na pomysł jak na np. na steamie by kilkuletnie gry jednak solidnie przeceniać a nie trzymać się premierowej kwoty) . Enyłej. Na szczęście na Finalach dobre japońskie gry się nie kończą a jRPGi jeszcze nie umarły. Dowodem na to, świeżo zakupiona po solidnym upuście w cyfrowym sklepie Sony – Tales of Xilia. Oczywiście nie jest to arcydzieło, ale całkiem wyborny „skośny” rpg, gdzie znowu popadam w maniakalnie uzależniające grindowanie by stać się posiadaczem jakiejś „ultymatywnej katany nagłej śmierci”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *