»Love 4 – Relacja

Czekałem mocno na tegoroczny Love 4, aby przekonać się, jak to będzie po ubiegłorocznej aferze. Już przed konwentem nie obyło się bez małego zamieszania związanego z niepewną datą odbycia się imprezy, często przekazywaną przez osoby trzecie. Ostatecznie stanęło na dniach 9-10 marca, o czym najwcześniej wiedzieli ludzie zajmujący się cosplayem. Na szczęście informacja szybko dotarła do wszystkich zainteresowanych.

Początkowo wiele osób było ciekawych jak MiOhi wybrnie z konwentu w konwencji miłosnej w marcu, ale firma wyszła z tego obronną ręką dodając do nazwy wydarzenia „White Day”, które jest miłosnym świętem w Japonii. Świetne posunięcie!

Konwent ten był też zarazem testem dla mnie, czy jest możliwym przeprowadzenie rzetelnej relacji, prowadząc jednocześnie wiele godzin atrakcji. Czy mi się to udało? Cóż, sami ocenicie po lekturze.

Zgodnie z rodzącą się tradycją na konwent postanowiłem udać się samochodem, gdyż PKP zaoferowały mi koszmarne połączenia i kosmiczną cenę. Mój kierowca tym razem spóźnił się ok. dwóch godzin zamiast trzech, więc to już jakiś progres. Mieliśmy jechać również w czwórkę, a nie w trójkę, co miało stanowić test dla naszego pancernego Tico. Jako że dojechaliśmy wszyscy na miejsce i również wróciliśmy w jednym kawałku, uznaję go za zaliczony. Samej trasy nie będę opisywał, gdyż opierała się głównie na mało męskim plotkowaniu, jak i już bardziej męskim spożywaniu zupek chmielowych.

Przybyliśmy na conplace z jakimś „skromnym”, blisko czterogodzinnym opóźnieniem. Miejscówka znana już niektórym, gdyż to w niej odbyła się ubiegłoroczna BAKA. Szkoła spora i przestronna, chociaż momentami szło się w niej zagubić. Dlaczego? Otóż miała ona kształt zbliżony do litery „F” na sterydach, w której na drugim piętrze odnogi nie były ze sobą połączone i czasem z rozpędu można było wejść nie do tej, co trzeba. Okolice budynku całkiem spoko – były markety, bankomaty i fast foody, czyli wszystko, co powinno się znajdować w okolicy.

Podczas odbierania prasówki u orgów, odzyskałem przy okazji swoją koszulkę zostawioną wcześniej na Japaniconie. Chwała że chciało im się ją tyle trzymać, a nie wyrzucić jak to niektóre ekipy mają w zwyczaju. Nie byłem jedynym szczęśliwcem, do którego trafiły z powrotem zaginione dobra – kolega odzyskał swój portfel również zagubiony na tym samym konwencie.

Humor już poprawiony, więc czas na mały rekonesans po szkole. Znalazłem szybko miejsce do spania (później się okazało, że to zarezerwowany sleep, ale nikt się tym zbytnio nie przejął). Spotkałem paru znajomych, starałem się z każdym uciąć choćby krótką pogawędkę, w międzyczasie obserwując jak wyglądają przygotowania do konwentu. Te szły bardzo sprawnie i jakoś helperom nie przeszkadzali obecni już uczestnicy konwentu. Ba, niektórzy wystawcy mieli już wystawiony swój dobytek bez żadnego stresu, nawet zaklepałem sobie dawno poszukiwany siódmy tom Hiroszimy. Miło i przyjemnie upływał czas, ale zbliżała się czwarta, a czekał mnie pracowity dzień, więc wypadało chwilkę pospać.

Po szalenie regenerujących czterech godzinach snu ogarnąłem się i ruszyłem na obowiązkowe zakupy w niezbędnym jak na tę porę roku szlafroku, budząc zaciekawienie tubylców. Po powrocie liczyłem zobaczyć ogromną kolejkę, ale nici z tego. Ludzie byli akredytowani bardzo szybko i sprawnie, kolejny konwent z rzędu – ponownie plus dla MiOhi. Jako że opaskę już miałem, to wziąłem tylko identa, mapkę oraz informator. Ident – nic nadzwyczajnego, do tego po konwencie zauważyłem, że był na nim napis „Madia” zamiast „Media”, chyba że to była baaaardzo specyficzna czcionka. Z identem obowiązkowa, bardzo męska różowa smycz, wspomniana mapka, prosta i czytelna mimo specyficznego ułożenia szkoły, a informator tym razem pozbawiony literówek i błędów.

Zestaw konwentowicza w komplecie, więc zapoznajmy się z ułożeniem poszczególnych sal. Zaczynamy od góry, czyli drugie piętro, na którym znajdowały się sleepy. To wszystko, bo co więcej można dodać. Chociaż należy zaznaczyć, że bardzo malutko ludzi drzemało na korytarzu, a to oznacza, że ilość sleepów była wystarczająca, bo w niektórych było jeszcze miejsce, a część ludzi dobrowolnie wybiera korytarze.

Schodzimy niżej, czyli na pierwsze piętro, a tutaj między innymi multum wystawców, u których można było wydać kosmiczną ilość gotówki (co też zrobiłem… ała…) oraz odizolowane tzw. głośne atrakcje, czyli Rock Band Room, Ultra Star prowadzony jak zwykle przez Benego, czy DDR wraz z Pop’n Music. Co ciekawe, mój sleep był zaraz obok tych dwóch ostatnich atrakcji, ale w ogóle nie przeszkadzało to w spaniu. W kleszczach hałasu znajdowała się za to sala z planszówkami, jak oni tam grali? Nie wiem, ale ludzie wychodzący byli zadowoleni, więc chyba ściany były pancerne. Idąc dalej, był tu tzw. „cichy sleep”, czymkolwiek on by nie miał być, bo z doświadczenia wiem, że często takie specjalne sleepy nie spełniają swej roli. Za to naprzeciwko niego był kapitalny bufet. Ceny za produkty ogólnodostępne miał często zawyżone, ale przygotowywane na miejscu żarcie było dosyć tanie i przede wszystkim smaczne, nie odmówiłem sobie obżerania się i potem ledwo doczołgałem się do sali z pełnym brzuchem. Na zachodnim skrzydle zaś znajdowały się trzy sale PZTA: Konkursowa, Panelowa i Kulturowo-Fandomowa, oraz dwie zwykłe: konkursowa i panelowa. Z jednej strony ułożenie logiczne i sensowne, z drugiej odseparowanie na parter sali growej PZTA trochę utrudniło mi szybkie przemieszczanie się, chociaż koordynator atrakcji mówił mi w trakcie konwentu, że to dla mojego dobra i dla mojej tuszy. Cóż, coś w tym jest.

Przejdźmy do parteru. Tutaj znajdowała się chociażby (niespodzianka!) akredytacja, dodajmy raz jeszcze, że sprawna. Idąc od prawej do lewej, skoro już tak opisałem pierwsze piętro, mieliśmy sporego Maina, a obok paskudne prysznice (o nich nieco później). Następnie bogata konsolówka mieszcząca się w sali biologicznej, gdzie mnóstwo roślin dostarczało tlen grającym. Do tego w sali mieściły się dwa akwaria pełne rybek, które działały kojąco na co bardziej nerwowych graczy. Przebieralnia cosplayowa i nieodłączne fotostudio, wspomniana już wcześniej sala growa oraz sala z grami japońskimi. Dalej znajdowała się wspomniana akredytacja, na wprost której było biuro konwentowe, a w drodze do niego szkolna tablica, na której była informacja, że w ten weekend odbywa się zjazd fanów M&A, więc nauczyciele mają pochować sprzęt (chyba nie mają do nas zaufania). Dalej znalazło się miejsce dla jeszcze kilku wystawców oraz następujące sale: Kulturowa, Art-Room, Joker (czyli muzyka japońska) oraz Hinata Sushi.

Myślę, że ułożenie sal można uznać za sensowne i spełniające swoją funkcję. Boli mnie jedynie wspomniana sala growa, ale patrząc z perspektywy uczestników była ona położona odpowiednio tematycznie, więc nie oburzam się.

No, ale przejdźmy już do meritum, czyli atrakcji – patrząc po mnogości sal widać, że tych nie brakowało. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie, o ile tylko chciał na nie pójść, a nie siedzieć w sleepie.

Pierwszą atrakcją, na którą się udałem, było tradycyjnie „pierwszy raz na konwencie”. Tym razem prowadzone nie przez Duo, a przez Kameya, który spóźnił się, więc początek należał do mnie. Kamey odnalazł się po pięciu minutach i odzyskał swój panel, w którym jednak pomógł mu stary wyjadacz Duo.

Podczas atrakcji otrzymałem ciekawy telefon. Otóż jeden z naszych redakcyjnych kolegów pod wpływem trunków procentowych nabył swojemu znajomemu grę w PS Store, która zwie się Crysis 3. Ten żarcik kosztował go bagatela 279 złotych.

Mając godzinkę przerwy udałem się do wspomnianego parę akapitów wyżej bufetu, gdzie miałem przyjemność spotkać Mr. Jedi i zamienić kilka słów oraz zadać mu kilka pytań, które od jakiegoś czasu chodziły mi po głowie. Będąc pokrzepionym rozmową z, było nie było, legendą PL Fandomu udałem się na końcówkę atrakcji Bajdaka o Nintendo Wii, aby wesprzeć go odrobinę. Niestety czas naglił i czekał mnie mój pierwszy tego dnia maraton prowadzenia atrakcji.

Wybiła trzynasta i po drobnych problemach technicznych związanych z tym, że rzutnik był wielkości czołgu, a lapek wielkości informatora, ruszyliśmy. Konkurs zaszczycili zarówno starzy wyjadacze, jak i totalne świeżaki. Obfitował w multum komentarzy odnośnie wyświetlanych gier, jak i sporą ilość śmiechu.

Następnie odbył się panel o grupach organizujących konwenty, który swoją obecnością zaszczycili przedstawiciele kilku grup, z którymi na bieżąco można było dyskutować, czy obalać różne krążące po fandomie plotki. Myślę, że powtórzę tę atrakcję jeszcze kiedyś na jakimś konwencie, bo potencjał jest.

Dalej panel o bucach w fandomie, w którym pomagający mi Kamey pokazał, że jako PZTA mamy duży dystans do siebie – umieścił nas na szczycie listy. W międzyczasie musieliśmy wytłumaczyć paru osobom, czym jest nasze zrzeszenie.

Potem szybki powrót do sali growej, gdyż czekała mnie do poprowadzenia OST-ówka growa. Niestety znów miałem małe problemy z racji braku sensownych programów na lapku, ale jakoś z tego wybrnąłem. Warto tutaj dodać, że niemal na każdej atrakcji miałem gości w postaci helperów, którzy pytali się, czy sprzęt działa lub czy nie potrzeba pomocy. Miły gest i cieszę się, że staje się standardem na konwentach.

Nadeszła oczekiwana godzina przerwy. Zdziwiły mnie pustki na korytarzu, wszak wcześniej nie widziałem kolejki na Cosplay, ani tłumów z niego wychodzących. Dowiedziałem się pod koniec konwentu, że uczestników nie było zbyt wielu, a zwykły Cosplay wygrała Shizuka jako Yeul z FF XIII-2 (od której zresztą otrzymałem tę informację), a Euro Cosplay wygrała Zula w kapitalnym stroju z BioShocka.

Zaspokoiłem głód w bufecie i udałem się na drugą część mojego maratonu atrakcji, którą rozpoczynał panel o gumowych potworach. Trochę się obawiałem, czy pójdzie dobrze, gdyż nie jest mi to tematyka aż tak bliska jak gry, ale wyszło raczej nieźle i parę osób być może zgłębi temat po atrakcji.

Następne było podsumowanie roku 2012 w branży gier. Uczestnicy byli raczej zgodni co do tego, że ten rok nie był zbyt udany i obfitował w wiele nieciekawych wydarzeń. Niestety często bywa tak, że tym później, tym dyskusja lepiej się rozwija, a musiałem już kończyć i zostawiłem w sali Bajdaka, by popędzić na kolejne swoje atrakcje, z których pierwszą był panel „plagiaty na konwentach”. Niestety ta atrakcja średnio mi się udała, ale to dlatego, że… temat się wyczerpał. W pół godziny udało się stwierdzić, że coś takiego jak plagiaty właściwie nie występuje, gdyż nie może, oraz omówiliśmy kilka najgłośniejszych afer ostatnich lat związanych z „kradzieżami” pomysłów.

Następna była wiedzówka fandomowa, która była dosyć śmieszna z racji wybranych przeze mnie zdjęć do konkursu, ale i niektóre pytania budziły wesołość zgromadzonych, gdyż odpowiedzi na niektóre niejako „siedziały” z nami w sali.

Następnie dwie dosyć zbliżone atrakcje, które miały się opierać na krytycznym podejściu do tematu, czyli panel o Sony i o Steamie. Sony zostało słusznie zbesztane za wiele zaniedbań i bezsensownych posunięć, ale też wykazaliśmy kilka pozytywnych aspektów w działaniach japońskiego giganta. Steamowi zaś tradycyjnie oberwało się za wiele nienaprawianych od lat błędów, ale pochwaliliśmy wszelakie wyprzedaże.

Tym samym o trzeciej w nocy zakończyłem prowadzenie swoich atrakcji na tym konwencie i poszedłem zobaczyć jak miewa się nocne życie konwentowe. A z nim było całkiem dobrze, chociażby na pierwszym piętrze spora grupka grała w kalambury chyba przez całą noc. Na atrakcjach również nie brakowało ludzi mimo późnej pory. Stwierdziłem, że to dobra pora, aby udać się pod zasłużony prysznic. Te, jak już wcześniej pisałem, nie były w zbyt dobrym stanie. Ogólnie łazienki są kiepskie w tej szkole, brak pisuarów (ukradł ktoś, czy co?), czasem zdarzały się braki papieru i ogólnie nie widziałem żadnego kibel commando. Po konwencie dowiedziałem się, że na konwencie było sporo tzw. helperów ninja i że wnioski oraz konsekwencje zostaną wyciągnięte. Cieszy mnie to.

Wracając jednak do ów nieszczęsnych pryszniców, to spotkałem w nich kolegę z Radia Anime 24. Ciekawe miejsce na zawieranie znajomości, nie ma co. Potem udałem się do kabiny i było prawie znośnie, gdybym nie znalazł zużytego tamponu chamsko wciśniętego pomiędzy rurę a ścianę. Gdybym znalazł właścicielkę, to ten przedmiot znalazłby się w niej z powrotem, ale przez gardło. No, tyle bulwersu ode mnie.

Po szybkim prysznicu i kolejnym tournee po konwencie udałem się na spoczynek. O dziwo w moim sleepie całą noc świeciło się światło i nikomu to nie przeszkadzało. Mi w sumie też nie, bo przynajmniej dotarłem do swojego legowiska bez zbędnej gimnastyki.

Parę godzin snu postawiło mnie na nogi, niestety przespałem parę atrakcji, na które chciałem iść, więc udałem się na konsolówkę na umówiony rewanż za Doubleback z jednym z orgów tejże sali. Wygrałem 2-1. Kolejny rewanż? Pewnie w Krakowie.

Niestety szybko dawała o sobie znać jedna z tzw. zaraz konwentowych, czyli szybka ewakuacja w niedzielę. Mimo iż w planie było jeszcze sporo ciekawych atrakcji, to jak to niestety bywa, ludzie tłumnie opuszczali konwent. Mi się nie spieszyło. Ba, mój kierowca zniknął prawie 24 godziny wcześniej, więc nie miałem jak wrócić, acz znalazł się później.

Jako że konwent pomalutku dobiegał końca, postanowiłem zebrać trochę materiału do relacji, pytając ludzi o wrażenia z imprezy. Te były niemal w 100% pozytywne. Część organizatorów narzekała na wspomnianych wcześniej znikających helperów, ale ci co byli, zdali egzamin.

Wystawcy i sklepikarze byli zadowoleni. Sporo miało całkiem dobry utarg, wszak na konwencie według organizatorów było spokojnie ponad tysiąc ludzi, więc targetu nie brakowało. Z drugiej strony uważam, że jak na Wrocław, to nie jest to oszałamiający wynik. Szkoda, że wiele znanych mi osób z regionu nie raczyło się pofatygować. A moim zdaniem było warto, konwentowi nie brakowało niczego, prócz…

…konwencji. Tak, to właściwie jedyny mankament tej imprezy (stan toalet to nie wina organizacji, taki budynek) – zabrakło mi większego nacisku na konwencję. Owszem, sale były ładnie oznakowane, informator, identy, smycze – wszystko w klimacie, ale kilka ponaklejanych serduszek, choćby w wielu miejscach, to moim zdaniem trochę za mało. Zabrakło większej liczby atrakcji i dekoracji o wspólnej tematyce, czy jakiegoś większego eventu z nią związanego.

Innym minusem były słabe nagrody (chociaż to ogólnopolska tendencja) w sklepiku, które dosyć szybko znikały, przez co ci, którzy wygrywają w niedzielę, zazwyczaj są poszkodowani. Teoretycznie, ponieważ słyszałem, że drugiego dnia uzupełniono zapasy.

Po przepytaniu ludzi różnego szczebla konwentowego, od randomów po częstych bywalców, na szychach kończąc, a także po rozmowach z organizatorami, byłem pewien, że byliśmy na tym samym konwencie.

Rozpocząłem pożegnalny obchód konwentu. Zajrzałem do orgów, skąd odebrałem wszystkie niewykorzystane identy na pamiątkę. Mogłem też pierwszy raz bez gnania na łeb i szyję zostać do samiuśkiego końca i poobserwować ekipę w akcji w trakcie zwijania konwentu. A nie trwało to długo, bo grupa bardzo płynnie ogarniała conplace i zanim odjechałem, było już w większości posprzątane. Kolejny plus.

Myślę iż po lekturze tego przydługawego tekstu możecie żałować, że Was nie było. Warto było zjawić się we Wrocławiu. Konwent był bardzo udany, sprawnie zorganizowany, a nieliczne wpadki nie psuły wizerunku i odbioru imprezy. Czy pojawię się za rok? Na pewno tak! Czy jeszcze zrobię taki maraton atrakcji? Najpewniej nie, ale to nie znaczy, że nie będę ich robił w ogóle. Po raz kolejny polecam udać się na konwent MioHi, bo firma nie taka straszna, jak ją malują

Autor: CELL767
Data: 24 stycznia 2014, 02:35

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *