»Love 5 – Relacja

Właściwie nie wiem, jak zaczynać te relacje z konwentów. O czym mam w nich właściwie pisać? Kolejne informacje o tym, kto robił konwent, czego się spodziewać i jak było w rzeczywistości? Cóż, chyba tak wypada. Rutyna zabija, niestety.

Podobnie jak w zeszłym roku wszyscy spodziewali się, że tradycyjnie w lutym odbędzie się kolejna edycja walentynkowego konwentu nazywanego jakże banalnie „Love” (czyli esencja tego „święta”). Problem był taki, że znowu pojawił się kłopot związany z conplacem. Jak wiadomo, we Wrocławiu (mieście, w którym odbywała się impreza) istnieje problem z wynajęciem szkoły konwentowej w związku z różnymi mniejszymi, czy większymi aferami krążącymi wokół lokalnego i ogólnopolskiego fandomu. Wszyscy już zaczęli teoretyzować na temat kompletnego niedobycia się całego konu, aż tu nagle… Mikos wraz ze swoją ekipą zaatakowała zmasowanymi informacjami. Zaskakując chyba wszystkich (oczywiście) potwierdzono organizację tegorocznej edycji Love’a, ale także zaprezentowano zdjęcia i dokładny adres uczelni (sic!) konwentowej. Tak, łamiąc przyjętą tradycję konwent odbył się w budynku, w którym znajduje się wrocławska Wyższa Szkoła Zarządzania „Edukacja”. Zdjęcia doprawdy maksymalnie zachęcały i nakręcały mangowców w całej Polsce – przedstawiały od najlepszych stron owe miejsce. Fantazyjne, kolorowe, pełne ciekawych wzorków tapety, nowocześnie wyglądające pufy i inne wygodne ławeczki, bufet dizajnersko nieustępujący restauracjom odwiedzanym przez celebrytkę Magdę Gessler. Ze znajomymi byliśmy pewni, że Love 5 odbędzie się w swego rodzaju ekwiwalencie hotelu pięciogwiazdkowego.

Problemem była dla mnie rezerwacja wejściówki na konwent. Nie, nie wynikało to z mojej jakiejś niewiedzy. Po prostu w momencie, gdy próbowałem złożyć rezerwację w systemie Nagato, na liście konwentów, na które mogę złożyć ową rezerwację, nie wyświetlał się Love 5. Co ciekawe, nie tylko mi. Dwa dni później na szczęście niedoróbkę poprawiono.

Czas zweryfikowania jakości następnego konwentu MiOhi przychodził coraz bliżej. Do Wrocławia wyjechałem z mego rodzinnego Gniezna już w czwartek, trzynastego lutego. Po kolejnej udanej imprezie integracyjnej ze znajomymi wybraliśmy się razem na miejsce konwentu. Po odstaniu swojego w kolejce do akredytacji (obsługiwanej sprawnie i fachowo) przed mymi oczami pojawił się obraz… zwyczajnej, niczym niewyróżniającej się szkoły, którą przystosowano do warunków uczelnianych. Cóż, magia obiektywu. Bardziej przyziemnym problemem było to, że dwie duże sale gimnastyczne przed budynkiem miały być JEDYNYMI sleep roomami. Nie muszę mówić, że zapełniły się one natychmiastowo? Dodam jeszcze, że przy wydawaniu mi wejściówki prasowej, ze względu na specyfikę mojego dwuczłonowego nazwiska, pomylono mnie z zupełnie inną osobą i trochę czasu zajęło wyjaśnianie sytuacji.

Po zregenerowaniu nocą sił na pełen wrażeń dzień zabijałem czas rozmową z kolegą w okolicach akredytacji dla przybyłych w sobotę (gwoli informacji: Love odbył się w terminie 15-16 lutego 2014, prawie idealnie w terminie walentynek). Podobnie jak dzień wcześniej funkcjonowała ona wzorowo, nie przepuszczono ani jednej osoby poza kolejką, ani bez płacenia. Otrzymałem również informator, którego nie dostałem dnia wcześniejszego. Jakie atrakcje mnie oczekiwały? Praktycznie nieustannie odbywały się prelekcje, panele dyskusyjne i konkursy mnie interesujące. Jak się później okazało, większość czasu, w związku z moimi zainteresowaniami, spędziłem w salce panelowo-growej Polskiego Związku Twórców Atrakcji, ale także i w innych prowadzonych pod szyldem PZTA. Jak zwykle nie obawiałem się kompletnie o ich poziom. Owe atrakcje są prowadzone przez ludzi doświadczonych, robiących prelekcje i podobne rzeczy od wielu lat. Co prawda chwalą się buńczucznie, że nie przygotowują się do nich kompletnie, zaś jakościowo odstają w wyraźny sposób od ogólnie przyjętej normy. Nie jest to prawdą. Są one nadzwyczaj profesjonalnie zorganizowane, a prowadzący posiadają szeroką wiedzę dot. podjętej tematyki (zależnie od tego, o czym traktowała atrakcja). Nawet jeśli nie są przygotowani, doświadczenie, które nabrali na poprzednich konwentach, ogólna umiejętność interakcji z uczestnikami oraz niespotykana wręcz zdolność improwizacji sprawiają, że nawet takie panele wydają się być przygotowywane skrupulatnie z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. Są one ogromną atrakcją samą w sobie i nawet jakby się waliło i paliło, zostałbym tam i wysłuchiwał kolejnych wypowiedzi (chociażby) Ludka na temat dosyć nietypowej serii gier zwanej Katamari. Jednakże atrakcje w salach „nie-PZTA” też nie odstawały poziomem. No, może prócz panelu Cata HD, poświęconemu ciemnym stronom Japonii. Ciężko właściwie się na jego temat wypowiadać, prelegent niby przygotowany, lecz… brakuje kompletnie kontaktu z publiką, połowa informacji jest przekazywana poprzez niemrawe czytanie z kartki… Sam zainteresowany twierdzi, że z panelu na panel się uczy. W miarę możliwości będę przychodził na kolejne jego „pogadanki” na innych konwentach – ciekaw jestem rozwoju sytuacji.

Dodam też, że członkowie PZTA otrzymali niedostateczną ilość wymaganego sprzętu, takiego jak projektory chociażby. Szczęście, ze nie sprawiło to im większego problemu. Choć warto by było to poprawić na następnych edycjach. Zaś czterogodzinna przerwa w atrakcjach w nocy wcale nie przeszkadzała – dzięki niej bez wyrzutów sumienia mogłem zdrzemnąć się na paręnaście chwil.

Ku mojemu zdziwieniu kilka atrakcji było ściśle powiązanych z miłosną tematyką konwentu (w przeciwieństwie do poprzedniej edycji). No właśnie, konwencja… Poza serduszkowymi dekoracjami i dwoma, czy trzema atrakcjami, nic nie było organizowanego w tych klimatach.

Moją uwagę w głównej mierze zaprzątały oczywiście atrakcje, ale w ramach rozprostowywania kości przechadzałem się po innych salkach. DDR, Pop’n music, Rock Band, konsolówka, Ultrastar i pochodne – wszystkie je można było znaleźć na konwencie. Szału nie robiły, lecz ujmy osobom za nie odpowiedzialnym nie przynosiły. Nadmienię też, że w sali konsolowej znalazłem jedynie standardowo pojawiające się Xboxy 360, PS3 i Wii z odpalonymi na nich najpopularniejszymi wśród graczy casualowych grami. Ciekawostką oczywiście było świeżuteńkie PlayStation 4. Wiele niezdecydowanych konwentowiczów mogło się przekonać, czy nowa zabawka Sony jest godna zakupu. Lecz mi osobiście bardziej odpowiadają salki z bardziej eklektycznym doborem zarówno konsol, jak i gier.

Mimo tego, że w tym czasie organizowany był konwent, na drugim piętrze odbywały się regularne zajęcia dla studentów wyższej szkoły zarządzania. Dzięki staraniom organizatorów nie przeszkadzało to w żaden sposób. Wszyscy byli wyraźnie poinformowani o sytuacji, zaś sama budowa uczelni pozwalała na to, aby w żaden sposób nie przeszkadzało to w komunikacji konwentowiczów między piętrami. Choć mam pewne wątpliwości tyczące się samych studentów, zaskoczonych widokiem cosplayerek i nastolatków z włosami przefarbowanymi na nienaturaln(y/e) kolor(y) w ilości większej niźli duża.

Za każdym razem, gdy korzystałem z toalety, była ona czysta i nawet (!) zaopatrzona w mydło oraz w papier toaletowy. Sam budynek nie posiadał pryszniców, lecz MiOhi zorganizowało toitoiowe ich wersje przed conplacem. Niestety nie byłem w stanie z nich skorzystać z powodu gigantycznej kolejki. Bufet w piwnicy sprzedawał typowe fastfoodowe jedzonko, czyli batoniki, chipsy, słodkie napoje, ale przyrządzano także dania na ciepło (kebaby, zapiekanki, itp.). Nie udałem się na cosplay z powodu mojego nikłego zainteresowania tym tematem. Obawiam się także, że moja opinia na temat tegoż konkursu byłaby śmiertelnie niefachowa z powodu mojego niedoinformowania w tejże dziedzinie sztuki. Prosiłbym o wybaczenie mi braku w tej kwestii.

Po udanym konwencie wsiadłem w tramwaj i po dziesięciu minutach wylądowałem na dworcu Wrocław Główny (czytaj: conplace był usytuowany blisko dworca i dobrze z nim skomunikowany). Jak mógłbym podsumować konwent? Zorganizowany profesjonalnie i bez większych wpadek organizatorskich, z atrakcjami, które przyćmiewały niedoróbki i buble. Jednak warto byłoby się zając owymi niedociągnięciami w przyszłości na wypadek podobnych sytuacji. Ja powróciłem z bardzo pozytywnymi wspomnieniami do domu i już nie mogę się doczekać kolejnego konwentu MiOhi – Magnificonu.

Autor: Dred
Data: 4 maja 2014, 11:35

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *