»Magnificon eXpo XI – Relacja

Rzekomym powodem, dla którego firma konwentowa, pod wodzą Mikos, nie może organizować konwentów w rodzinnych stronach (Kraków) w placówkach oświatowych, jest ponoć odgórny zakaz kuratora. Przez to, Miohi w zeszłym roku stanęło przed trudnym wyborem: odwołać dziesiątą, jubileuszową edycję Magnificonu, bądź też zaryzykować i poszukać conplacu wśród budynków nie związanych z szeroko pojętą edukacją. Wybrali to drugie. Magnificon eXpo został zorganizowany na terenie hali TS Wisła. Jaki był efekt? Impreza zbierała bardzo zróżnicowane opinie, jedni byli zdegustowani obozowo-harcerskimi warunkami panującymi w namiotach panelowych, inni uważali ów pomysł za bardzo ciekawy i oryginalny.

Do tej pory byłem na trzech konwentach, organizowanych przez Miohi. Jedne wychodziły im raczej średnio (Japani II, gdzie niestety zdarzały się momenty „organizowania sobie samemu czasu”, czy Love IV, z de facto nie istniejącą konwencją „białego dnia”), a niektóre nadzwyczajnie dobrze (Japanicon III, który IMO nie miał słabych punktów). Z takim doświadczeniem, wybrałem się w podróż do Drugiej Stolicy Polski, z nadzieją wzięcia udziału w udanym konwencie. Predyspozycje były, wszak już w zeszłym roku, firma ta nabierała doświadczenia w organizacji „expo”, a jej szefową, napotkałem na Pyrkonie (największym polskim konwencie) w roli wystawcy. A jak wyszło? Mówiąc szczerze, średnio.

Zanim jednak przejdę do meritum mojej relacji, jeden akapit poświęcę podróży. Dlaczego? Bowiem, wiem, że są wśród czytelników relacji konwentowych osoby, które lubią czytać historie z podróży na konwent. Moja jakaś szczególnie fascynająca nie była. Nie uświadczycie opowieści w rodzaju „jechałem samochodem, któremu brakowało z jednej strony drzwi, pasażer cierpiał na chorobę lokomocyjną, i jeszcze forsowałem moją muzykę w radiu, bo ja prowadzę” (Las Vegas Omakaio!). Nie, aż tak ciekawie nie było. O dziesiątej wieczór w piątek, wsiadłem do pociągu relacji Gniezno – Poznań, zaś w stolicy Wielkopolski przesiadłem się do TLKi, zmierzającej na południe kraju. Problemem od samego początku był tłok w pociągu. Mimo wykupienia miejscówki, jakaś młoda lafirynda zajęła mi moje miejsce. Przez co byłem zmuszony przez parę dobrych godzin stać. Na szczęście, przechadzając się korytarzem, napotkałem znajomego mangowca z Poznania, Zergadisa. Wielkie podziękowania dla niego, za towarzyszenie mi w moich cierpieniach! :) Udało mi się, na szczęście, na dwie godziny usiąść i się trochę zdrzemnąć. Na miejsce dotarliśmy przed ósmą rano w sobotę.

Z tamtąd, po zrobieniu zakupów w Carrefourze, razem z przedstawicielem oświęcimskiego fandomu, Whiskasem, ruszyliśmy tramwajem w stronę conplace’u (btw, w trakcie podróży „bimbą”, przypomniałem sobie, że Kraków to diabelnie urokliwe miasto). Idąc powoli do Hali Wisły, już widzieliśmy dużą kolejkę konwentowiczów, oczekujących w kolejce do akredytacji. Tu się pojawił pierwszy problem. Ludzie początkowo tworzyli jedną wielką kolejkę, następnie próbowali się grupować. Nikt nic nie wiedział, a wcześniej zapowiadano, że będą osobne kolejki dla mediów, dla osób z wykupionymi online wejściówkami, dla twórców atrakcji, etc. Owszem, były, ale dopiero po tym, jak znajomy upomniał helpera, ten zawiadomił o tym przybyły tłum. A sytuację można było uniknąć. Przed wejściem były dwa filary, na których można było przylepić informację dot. podziału kolejek.

Dzięki temu, że kolejka dla przedstawicieli mediów, była zasadniczo krótka, w przeciwieństwie do pozostałych, szybciuteńko otrzymałem ident na smyczy z logiem konwentu (obydwa bardzo dobrej jakości, wcześniej na konwentach Miohi otrzymywałem krótkie i „dupne” sznureczki, jak i równie słabej jakości identyfikatory), oraz informator, wyposażony w małe druciane dziurki, dzięki którym, można było sobie powiesić informator na smyczy. Bardzo dobry pomysł.

Po tym, z miejsca udaliśmy się do szkoły, wynajętej w całości w roli noclegowni. Jednak, była ona oddalona od Hali Wisły o niemalże kilometr. Spacer pieszo zajmował dużo czasu, nawet się zastanawialiśmy ze znajomymi, czy nie kursują w tamtym kierunku autobusy. Szczęście, że całemu konwentowi towarzyszyła słoneczna pogoda, bo nie wyobrażam sobie wędrować w deszczu do szkoły sleepowej tylko po to, aby wziąć parę potrzebnych rzeczy z mojego plecaka.

Zajęliśmy już dogodne miejsca w sali gimnastycznej, zatem wybraliśmy się do budynku głównego na atrakcje. Jak już wspomniałem, rok temu organizatorzy zdecydowali się umiejscowić sale panelowe w plenerze. W tym roku, „wywalono na pole” konsolówkę i Rock Banda. Moim zdaniem, bardzo ryzykowny krok, bo tego samego dnia zapowiadano w Krakowie burze, przez co sprzęt mógł się zniszczyć. Na szczęście do tego nie doszło. Ale należy też pamiętać, że o tej porze roku, codziennie w okolicach godziny czwartej-piątej rano, osadza się rosa. Czyli, teoretycznie, kolejne zagrożenie zniszczenia konsolówkowego sprzętu. O dziwo, wiele osób chwaliło salę konsolową. Ja niestety, nie miałem okazji jej odwiedzić, gdyż co chwila odbywały się interesujące mnie panele dyskusyjne.

Same „panelówki” to były pomieszczenia, przypominające szatnie, odgrodzone od reszty dużej sali gimnastycznej cienkimi ścianami. Sąsiadowały one z j-games roomem, oraz z halą wystawową. Przez co, po pierwsze, było strasznie duszno i gorąco praktycznie cały czas, a po drugie, prelekcjom towarzyszył ogromny hałas, zagłuszający zarówno prelegentów, jak i osoby uczęszczające na atrakcje. W tym miejscu, ślę wielkie brawa dla twórców atrakcji, którzy niejednokrotnie nadwyrężali swój głos, aby na dobrym poziomie przeprowadzić swoje panele, czy też konkursy. Na przegranej pozycji, niestety stanęły osoby o słabszym głosie. Byłem na jednym panelu, na którym siedziałem naprzeciwko prelegenta, ale mimo tego nie wiele słyszałem. W tym roku, Miohi zadecydowało o przerwie na wszystkich salach panelowych PZTA i jednej zwykłej. Jak to stwierdził jeden z konwentowiczów, który zapisał swą myśl na rozpisce paneli przed jedną z sal (cytuję z pamięci): akurat wtedy, kiedy jest najciszej. Plusem takiej sytuacji było to, że osoby uczęszczające na panele, z łatwością mogły się przemieszczać z sali do sali.

Co do jakości samych atrakcji, to nie mam zbyt wielu zastrzeżeń, w zdecydowanej większości, byłem gościem na atrakcjach prowadzonych przez Polski Związek Twórców Atrakcji, grupie, która jest znana z jakości swoich paneli i konkursów (choć niektórzy twierdzą co innego). Szczególnie spodobała mi się randomowa wiedzówka, prowadzona przez Lorta. Błyskotliwość niektórych pytań NIEZWYKLE mnie zadziwiła! Sam też, razem z moim znajomym, Whiskasem, o godzinie dwudziestej czwartej, poprowadziłem panel poświęcony dziwnym japońskim grom. Mimo zasadniczo późnej pory, zaskoczyła mnie całkowicie zapełniona sala (chyba nawet brakowało miejsc siedzących). Mam szczerą nadzieję, że moja i Whiskasa paplanina, chociaż minimalnie wydała się być ciekawa. :)

Sklepik konwentowy, w którym można było wymienić punkty, zdobyte na atrakcjach, niestety, nie był zaopatrzony w ciekawe nagrody. Problemem także były zmieniające się ceny za nagrody (choćby katana, początkowo kosztująca 200 punktów, a w trakcie konwentu, jej cena wzrosła o 50-100 punktów, już nie pamiętam). Irytował też system rozdawania punktów za nagrody. Twórcy atrakcji, z polecenia odgórnego, rozdawali punkty według własnego widzimisię („jeżeli chcesz, to rozdaj punkty, ale nie musisz”).

Atrakcją samego konwentu, miał być (a być może dla wielu był), koncert DeadBallaP, rodowitego Japończyka, specjalizującego się w wykonywaniu na żywo piosenek przyozdobionych syntetycznym głosem Hatsune Miku. Niestety, jest to zupełnie nie ten gatunek muzyki, który by mnie fascynował (a szczerze powiedziawszy nim gardzę), jednak z dziennikarskiego obowiązku, wybrałem się do hali, przeznaczonej całkowicie na koncerty i cosplay. Na scenie, DeadBall występował solo, przygrywając na syntezatorze. Problem był taki, że większość muzyki była odtwarzana z taśmy i ciężko było rozpoznać, co tak naprawdę Martwa Piłka odgrywa „live”, a co było „pre-recorded”. Z tegoż powodu, wiele osób podejrzewało muzyka o stuprocentowy playback. To i z lekka kiczowata prezencja sceniczna artysty (wymachiwanie plastikową kataną nad głową), spowodowało, że po dziesięciu minutach ze znajomymi usunęliśmy się z terenu koncertu. Jednakże, sądząc po reakcji publiczności, innym się podobało.

Niestety, nie byłem gościem cosplay’u, ponieważ cosplay sam w sobie mnie nie interesuje, a w tym samym czasie, odbywały się interesujące mnie atrakcje.

Do dodatkowych plusów, zaliczam szeroki dostęp do jedzenia fastfoodowego (i nie tylko), zarówno na terenie conplace’u, jak i wokół niego. Niektóre osoby narzekały, że organizatorzy nie zadbali na podwórzu o przystrzyżenie trawników. Wielu uczestników pewno, z nieukrywaną przyjemnością by skorzystała z możliwości „leżakowania” na świeżym powietrzu.

Toalety odwiedzałem rzadko, ale za każdym razem kibelki były czyste i pachnące, niczym kwiatki na łące. ;)

I tak mniej więcej wyglądał Magnificon eXpo XI. Sam konwent oceniam średnio. Mówiąc szczerze, całą imprezę ratowały atrakcje PZTA, bo gdyby nie one, wróciłbym niezmiernie zawiedziony do Gniezna. Jednocześnie, nie biorę pod uwagę „socjalu” przy ocenie konwentu całościowo, bo to rzecz, za którą organizatorzy nie są odpowiedzialni i jest zależna od wielu czynników. Tak, bawiłem się dobrze, towarzystwo dopisało, i z pewnością wybiorę się jeszcze wiele razy na któryś z konwentów organizowanych przez Miohi. Mam tylko nadzieję, że Mikos i spółka wyniosą sporo doświadczenia po dwóch ostatnich Magnificonach i owe doświadczenie zastosują w praktyce w przyszłym roku.

PS, podróż powrotna? Nic szczególnego. Po konie, wybrałem się do mojego znajomego, który zamieszkuje miejscowość, której nazwa wywołuje po dziś dzień kontrowersje. Zaś później, po kilku przesiadkach, we wtorek rano, wylądowałem w Pierwszej Stolicy Polski.

Autor: Dred
Data: 24 stycznia 2014, 02:34

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *