»Mokon 4 – Relacja

Mokon, to nazwa która niezbyt dobrze kojarzy się w fandomie. Pierwsza edycja była spektakularną klapą, miał być kapitalny konwent, a wyszła koszmarna i niedopracowana impreza ze skandalem w tle. Po paru latach markę przejęła firma Miohi i mimo iż poziom następnych edycji był zdecydowanie lepszy to nie były to konwenty o których pamiętałoby się latami. Ot, małe (co dziwne na Warszawę), skromne imprezy odstające poziomem od pozostałych wydarzeń krakowskiej ekipy.

Wiele osób spisało Mokon Clamp Festiwal na straty z racji zmiany terminu i przeniesienie go na kilka dni przed Wigilią. Mi osobiście nowy termin bardzo przypasował, dwa konwenty w jednym mieście tydzień po tygodniu to jednak za wiele.

Wybrałem się na konwent bez wielkich oczekiwań i jak to zwykle bywa dzięki uprzejmości Miohi pojawiłem się dzień wcześniej. Taki był zamiar lecz mimo prucia z zawrotną prędkością, mojej ekipie nie udało się zjawić przed północą. No trudno, chociaż noc zero udało się zaliczyć. Podczas owej nocy mogłem standardowo poobserwować konwent od kuchni. Prace trwały do ostatnich chwil i tu i ówdzie można było obserwować uwijających się helperów. Większość to byli totalne świeżaki, których nigdy nie widziałem na oczy, ale Ci z większym stażem sensownie ich prowadzili, a w każdym razie ja nie zauważyłem jakiś rażących uchybień.

Po zbyt krótkiej drzemce wyszedłem obejrzeć kolejkę. Nie była zbyt wielka, czy też raczej nie były, bo akredytowano dwoma wejściami. Sama akredytacja przebiegała dosyć sprawnie, bo ludzie szybciutko znaleźli się w budynku i równie szybko pochowali w jego zakamarkach. Tu warto zaznaczyć, że trzeci raz z rzędu Mokon odbywał się w Liceum Ogólnokształcącym nr. LXXVIII im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (dłuższej nazwy się nie dało?), mieszczącym się w sporej odległości od centrum. Na szczęście nie było to typowe zakuprze i w okolicy było kilka punktów gdzie można było uzupełnić zapasy prowiantu.

Sama szkoła to jeden z lepszych budynków konwentowych, ma wszystkie zalety szkoły Japaniconowej, a jednocześnie nie ma jej wad. Wszystkie piętra są ze sobą połączone, nie trzeba schodzić piętro niżej, przejść pół szkoły i znowu do góry by dostać się do pozostałych pomieszczeń. Do tego udostępniono przestronne patio, gdzie można było zaczerpnąć świeżego powietrza.

Ułożenie sal było dosyć podobne do zeszłorocznego. I dobrze. W piwnicy mieściła się szatnia dla konwentowiczów oraz sala z UltraStarem gdzie fani krzyczenia do mikrofonu mogli pośpiewać zarówno rekreacyjnie, jak i wziąć udział w wielu konkursach organizowanych przez świetną ekipę Glow UltraStar. Parter zaś to miejsce gdzie mieściła się (uwaga)… informacja! Ponadto fotostudio, main, prysznice i przede wszystkim spora konsolówka, w której panowała temperatura rodem z sauny. Czyżby PS4 aż tak grzały?

Pierwsze piętro to sale z atrakcjami, cztery sale od PZTA, DDR, J-Games Room, planszówki, RockBand,prowadzony przez grupę Wakou RockBand, kolejne fotostudio od Vogue Travel oraz sale: panelowa i konkursowa z atrakcjami od uczestników. Na tym piętrze mieściło się też większość stoisk. Tych było trochę, chociaż bez wielkich fajerwerków, aczkolwiek trochę gotówki, z racji zbliżających się świąt, zostawiłem. Ponadto na piętrze znajdowała się jeszcze sala Hinata Sushi, gdzie (o dziwo) kupiłem sushi, co w moim przypadku jest rzadkością. Lubię czasem zjeść przysmaki kuchni orientalnej, to jednak ceny i mała ilość serwowanego jedzenia mnie odstraszają, bo człowiek się tym nie naje, a ja jem by się napchać porządnie,  co niestety widać po trzycyfrowej liczbie na wadze. Ostatnie piętro to sleep roomy i dwie sale z cichymi atrakcjami jak to nazywam czyli ART-Room oraz Kulturowo-Cosplayowa.

Wracając do początku konwentu. Podczas akredytacji, otrzymywaliśmy informator, mapkę szkoły i identa na smyczy, czyli zwyczajny zestaw konwentowy. Konwencja niby CLAMP, niby wigilia, ale w praktyce mało tego Clampa było, ledwie kilka punktów programu i wszędobylskie Mokony. Z świątecznych akcentów rozwieszono nieco ozdób i postawiono kilka choinek. Do tego niezbędnik konwentowicza w grafikach zawierał świąteczne elementy jak lukrowane laski, prezenty, jemioły etc.

Wybiła dziesiąta, wiec czas zacząć prowadzić atrakcje. Na pierwszy rzut Azjatycka piłka nożna. Niestety, jeszcze zanim zacząłem prowadzić atrakcję odkryłem spory problem jaki będzie mnie czekał na tym konwencie, a mianowicie szkolne komputery. Były koszmarne- większość z diabelsko niewygodnym systemem operacyjnym, dziwne głośniki i brak możliwości powielania ekranów… parokrotnie musiałem ratować się sprzętem pożyczanym od znajomych.

Po przemęczeniu się z zabójczo dynamicznym PC, przeprowadziłem atrakcję dla nielicznych zainteresowanych i udałem się na zakupy. Szlafroczek robił furorę na osiedlu, w tej stolicy też byli ludzie jacyś nieodporni na zimno. Po krótkiej eskapadzie czekała mnie do przeprowadzenia „konkretna” wiedzówka z DB. Nazywając ją tak, nawet nie przypuszczałem jak owa nazwa będzie bardzo trafna. Pytania dałem konkretne, do tego dzięki „konkretnemu” szkolnemu komputerowi musiałem co rusz obracać konkretnych rozmiarów monitor w stronę konkretnych uczestników. Konkretnie.

Szybka wycieczka dwie sale obok i kolejny problem, tym razem z głośnikami. Na szczęście, po raz kolejny swoją pomoc zaoferował jeden z helperów o wiele mówiącej ksywce Czubek. Faktycznie pasuje, bo tylko czubek ma na tyle cierpliwości by wytrzymać moje marudzenie. Udało mu się uruchomić głośniki i mogłem zaczynać. Niestety, sam coś pokręciłem i wytworzyłem fale uderzeniową która ogłuszyła uczestników. Na szczęście w porę okiełznałem problem i reszta konkursu przebiegła bez problemu.

Mając godzinkę wolnego postanowiłem rozprostować kości, w tym celu udałem się do sali DDRowej. Kilka piosenek przypomniało mi, dlaczego wypadałoby schudnąć. (nie chudnij Cellu, sam zostanę na placu boju ;_;, dop. Dred)  Krótkie skakanko na matach do tańczenia przypomniało mi też, że warto skorzystać z pryszniców. Te muszę przyznać były w całkiem dobrym stanie. Zrezygnowano z przesłaniania całej sali i tym samym blokowania odpływu po jednej stronie. Na wprost pryszniców znajdował się main, miejsce które dla niektórych jest jedynym powodem przyjazdu na konwent. Ja tradycyjnie bywałem tam przelotnie. Aczkolwiek, warto zwrócić uwagę, że sala nie była tylko magazynem powietrza przed cosplayem, było też kilka innych atrakcji np. warsztaty taneczne poprowadzone przez LinaSakure. Miło jak ktoś potrafi spożytkować maina do czegoś innego, niż tylko cosplay.

Powrót do sal, przeprowadzenie kolejnych atrakcji oraz przegranie jednej w koszmarnym stylu i znów wolne. Poszedłem więc na wspomniane parę akapitów wcześniej sushi. Polecam, wziąłem najostrzejsze jakie mieli i poczułem chyba każdy wewnętrzny organ. Pokrzepiony udałem się na konsolówkę by sprawdzić PS4 w akcji, skoro wciąż nie mam własnego egzemplarza. Wygrałem kilka meczy, wbiłem kilka pucharków, znowu zbugowałem konsole… Ja to mam talent.

Powróciłem do sal z atrakcjami, by podczas miłej dyskusji spędzić wolny czas pozostały do mojej nostalgicznej screenówki PSXowej. Mimo późnej godziny i problemów ze sprzętem udało mi się doprowadzić ją do końca. Postanowiłem uciąć sobie króciutką drzemkę i postawiłem na straży zaufanego kumpla, który miał mnie obudzić na kalambury growe, które to miałem prowadzić. Gdy obudziłem się… kilka godzin później usłyszałem mnóstwo wymówek jak to próbowano mnie obudzić, ale nikomu się to nie udało.

Godzina dziesiąta w niedzielę do przeprowadzenia pozostała wiedzówka AVGNowa oraz panel o tym co trapi aktualnie rynek gier. Poszło szybko, łatwo i przyjemnie. Konwent zbliżał się już ku końcowi co dało się odczuć w błyskawicznie topniejącej liczbie uczestników. Nigdy nie lubiłem tego zjawiska, że niemal każdy gdy tylko się obudzi daję nogę z konwentu, szkoda. Cóż mi pozostało, ekipa się zebrała, spakowaliśmy się w auto i popędziliśmy na naszą mroźną północ w świetnych nastrojach.

Jak oceniam konwent? Bardzo dobrze! Nie licząc problemów ze sprzętem szkolnym nie mam się do czego przyczepić. Helperzy mimo iż (kolejny raz to podkreślam) w ogromnej większości byli świeżakami to zdali egzamin, zawsze była jakaś interesująca atrakcja a i ludzi więcej niż na dotychczasowych edycjach. Choć tutaj są rozbieżności, bo liczby padają w zakresie od 200 (sporo zaniżone) do 900 (moim zdaniem nieco mniej). Na plus na pewno było zagospodarowanie maina w większym stopniu niż dotychczas i na przekór wszystkim brak jakiejkolwiek wtopy. Właściwie to zabrakło koszulek konwentowych, ale też głupio zrzucać winę firmy, która miała je wykonać na organizacje festiwalu. Te słowa padły już parokrotnie na konwencie, a także po nim- Mokon nie ssał i myślę, że nazwa została odczarowana.

Autor: CELL767
Data: 25 stycznia 2014, 04:21

Komentarze na temat “Mokon 4 – Relacja”

  1. Kath napisał(a):

    Bardzo ciekawa relacja, dobrze napisana i warta przeczytania, bo opisuje konwent taki jaki był czyli jego plusy oraz minusy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *