»Nintendo Post E3 Tour 2015 – Relacja

Dzięki uprzejmości Nintendo czteroosobowy skład naszej redakcji miał okazję wypróbować niektóre gry pokazane na Nintendo Direct w czasie tegorocznych targów E3. Riona, Nox, Mkali Vector i ja, czyli Serfer, wyruszyliśmy 15 lipca do Katowic na zamkniętą imprezę, na której pojawili się redaktorzy serwisów growych z Polski, Węgier, Czech i Słowacji.

nintendo_post_e3_tour001w

Całe wydarzenie odbywało się w niewielkiej hali wystawowej w Parku Przemysłowo-Technologicznym Revita Park, gdzie czekały na nas standy z konsolami Wii U i New 3DS XL, do tego poczęstunek, darmowe koszulki i możliwość zrobienia sobie zdjęcia z przerośniętym Mario (notabene pierwsze Super Mario Bros. obchodzi w tym roku 30-te urodziny). Jednak nie cała otoczka była najważniejsza, a gry, które udało nam się zobaczyć, a trzeba przyznać, że mimo braku rewolucji na tegorocznym występie wielkiego N na Electronic Entertainment Expo jesteśmy całkiem miło zaskoczeni. Nie da się ukryć, że gry z pozoru nieciekawe bądź wtórne Nintendo potrafi doprawić na tyle ciekawą rozgrywką i świetną przystępnością, że nawet takiemu sceptykowi jak ja (Serfer) czasami uśmiechnęła się gęba przy Yoshi’s Woolly World czy Mario Tennis: Ultra Smash. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że Nintendo znowu zaczęło udzielać się na polskim rynku, przy okazji pokazując wartościowe produkcje. Jednak nie mamy zamiaru przynudzać Was tutaj przydługim wstępem, każde z nas wybrało po kilka gier, które zapadły nam w pamięć, o których napiszemy po kilka zdań. Mam nadzieję, że uda nam się przybliżyć Wam niektóre z tytułów nadchodzących na Wii U i 3DSa.

Łącznie mieliśmy okazję ograć 11 gier – Mario & Luigi: Paper Jam, Chibi-Robo! Zip Lash, Metroid Prime: Blast Ball, The Legend of Zelda: Tri Force Heroes, Star Fox Zero, Just Dance 2016, Super Mario Maker, Mario Tennis: Ultra Smash, Skylanders: SuperChargers, Yoshi’s Woolly World oraz Super Smash Bros. for Wii U.

Serfer

Niestety muszę przyznać, że niektóre z dostępnych gier były wybrane dosyć nietrafnie. Takie Chibi-Robo! Zip Lash jest całkiem przyjemną platformówką 2D, ale w żadnym wypadku nie można mówić o rewolucji. Ta gra mogłaby pojawić się na każdej innej platformie jako indie i przy tak ograniczonej ilości miejsca na tym wydarzeniu, można było postawić dodatkowy stand z takim Mario & Luigi: Paper Jam, do którego były duże kolejki, a które to znacznie lepiej wpasowywało się w ducha Nintendo i było zdecydowanie ciekawszą grą. Do tego rozumiem, że Super Smash Bros. jest pewnego rodzaju ewenementem, ale trzeba pamiętać, że jest już dostępna od kilku miesięcy na rynku, więc nie widzę potrzeby wciskania jej na tego typu wydarzenie, które ma przybliżać nowości.

Mimo tych kilku negatywnych uwag, uważam, że całe wydarzenie było bardzo fajne. Na początku zastanawiałem się, w co tak naprawdę będę tutaj grał, bo nic nie wyglądało bardzo porywająco na pierwszy rzut oka, a jednak znalazło się kilka ciekawych produkcji.

Pierwszym bardzo miłym zaskoczeniem było Yoshi’s Woolly World, w które grałem z Mkali Vectorem. Wzięliśmy (podobno) najtrudniejszą planszę, w której nieźle się napociliśmy, żeby dojść (prawie) do końca. Możliwość połykania współtowarzyszy i wypluwania w dowolnym kierunku tworzy niesamowite możliwości kooperacji, jak i robienia psikusów. Gra wygląda cudownie, jest bardzo responsywna i daje masę radości, szczególnie z kimś do trybu kooperacji. Jedynym zarzutem jest celowanie włóczkowymi kulkami na Wiilotcie, które wyglądało na niezbyt intuicyjne.

Drugą bardzo fajną grą była The Legend of Zelda: Tri Force Heroes. Ta nowa część przygód Linka na Nintendo 3DS stawia mocno na tryb kooperacji dla trzech graczy. Wraz z Rioną i Noxem wybraliśmy ubranka (strój Zeldy for the win!) i ruszyliśmy do boju. I tutaj szok, bo gra wielokrotnie dała nam lekcję pokory. Trzeba mocno kombinować i dobrze się zgrywać. Tworzenie totemów, czyli stawanie sobie wzajemnie na głowach, jest jedną z głównych mechanik gry. Dlatego podczas jednej walki z bossem będziemy musieli wielokrotnie wskakiwać na głowę innego gracza, który będzie unikał ataków przeciwników, w czasie gdy inny gracz atakuje słaby punkt bossa. Wcale nie jest to takie łatwe, jak się wydaje. Celowanie z łuku, w czasie gdy ktoś inny stara się uciec od wrogów, nie należy do najłatwiejszych zadań. Trzeba działać szybko i sprawnie. I tutaj jest zarazem największa wada, jak i zaleta gry. Grając ze znajomymi będzie masa dobrej zabawy, fajnego kombinowania i dużo satysfakcji, jednak w grze online z losowymi graczami może dojść do wielu nieporozumień i niemiłych sytuacji.

Na koniec chcę jeszcze krótko wspomnieć o dwóch grach, Star Fox Zero i Mario Tennis: Ultra Smash. Pierwsza produkcja wygląda na pierwszy rzut oka mdło i pusto. Niestety nowy Star Fox nie wykorzystuje możliwości graficznych drzemiących w Wii U, ale za to nadrabia rozgrywką. Demo było podzielone na trzy etapy, czyli ucieczka w kanionie, swobodny lot na otwartym terenie i walka z bossem, do której można było podejść na dwa różne sposoby, z czego jeden z nich wykorzystywał możliwość przemiany statku w „kurczaka”. Możliwość takiej przemiany w dwunożnego robocika daje więcej możliwości podejścia do różnych walk i otwiera drogę na nowe strategie.

Mario Tennis: Ultra Smash to gra, w którą grałem chyba, o dziwo, najwięcej. Świetna zabawa na imprezy, szczególnie dla czterech osób. Bardzo dynamiczna, przystępna i kolorowa. Do tego możliwość rośnięcia po zjedzeniu grzybka (i maleniu w najbardziej nieodpowiednim momencie) dodaje grze dodatkowej głębi. Zapewne nie będzie to tytuł roku, ale jest to całkiem miły dodatek do biblioteki Wii U.

Słowem podsumowania, wydarzenie wyszło całkiem nieźle. Oczywiście liczyłem na to, że zagramy w Xenoblade Chronicles X, ale i tak spędziłem bardzo fajny dzień w dobrej atmosferze i z masą świetnej zabawy. Nintendo coraz bardziej przekonuje mnie do siebie a ich biblioteka tytułów prezentuje się na tę chwilę bardzo dobrze.

Mkali

Na początku chciałbym pozdrowić wszystkie osoby, które organizowały Post E3 Tour oraz wszystkich, z którymi mogłem pogawędzić o nadchodzących i nie tylko gierkach oraz wypić piwko. Nintendo zapewniło świetny pokaz, w którym można było spróbować swoich sił w nadchodzących produkcjach tego i następnego roku. Moją uwagę na samym początku przykuła śliczna pani… ekhm, wróć… gra Just Dance 2016.

Na samym początku miła hostessa opowiedziała mi co nieco o samej grze i już po chwili mogłem spróbować swoich sił przy najnowszej produkcji Ubisoftu. Oczywiście jako fan serii wiedziałem co mnie czeka i od razu zabrałem się do tańczenia. Do wyboru mieliśmy aż 11 piosenek, w skład których wchodziły takie hity jak: Black Eyed Peas – I Gotta Feeling, Jason Derulo – Want To Want Me, Lady Gaga – Born This Way, bądź takie ciekawostki jak Hatsune Miku – Ievan Polkka. Naszym zadaniem jest powtarzanie ruchów, które przedstawia nam trener na ekranie. Nowością w nadchodzącej produkcji na Wii U będzie możliwość wykorzystania smartfonów jako kontrolerów do gry. Obsługiwane będą telefony z systemami operacyjnymi Android oraz iOS. Gra oczywiście obsługuje Wiimote’y do 4 osób, a padlet jako kamerę, którą nagrywamy nasze postępy. Krótko podsumowując jest to must-have (w sumie coroczny) dla każdego wielbiciela tańca, a ja już szykuję pieniążki na kolejne podboje taneczne.

Mario zawojowało Wii U! Dlaczego? Ponieważ miałem okazję ograć dwa świetne tytuły z tytułowym wąsaczem w roli głównej. Na początku wspomnę o czymś bardzo sportowym oraz imprezowym – Mario Tennis: Ultra Smash. W tym przypadku mamy do czynienia z kolejną częścią z cyklu Mario Tennis zapoczątkowaną na nieszczęsnym Virtual Boy’u. Co nam zaserwowało Nintendo tym razem? Tennis z postaciami z serii Super Mario Bros. z możliwością grania do czterech osób, online, bądź rozegrania własnych mistrzostw na kanapie. Miałem okazję pojedynkować się z Serferem jeden na jeden, oraz innym razem z aż trzema osobami przy jednym ekranie. W demku mieliśmy do wyboru 4 postacie – Mario, Bowsera, Toada i księżniczkę Peach. Ja grałem Marianem, gdy Serfer był tym złym. :) Każda z postaci może wykonywać lekkie oraz mocne uderzenia piłką. Podczas odbić, bohaterowie wykonują akrobatyczne ruchy jak w balecie i uderzają z power-upami, z czym musi sobie poradzić drugi gracz. Gra jest naprawdę bardzo dynamiczna i udowadnia, że tenis nie musi być nudny. Czasami na kort wpada Mega grzybek, który powiększa postać do absurdalnie ogromnych rozmiarów. Uderzenia są wtedy silniejsze, lecz drugi, mniejszy gracz nie musi mieć wtedy pod górkę. Może wykorzystać fakt, że piłeczka z łatwością może zderzyć się z większym przeciwnikiem, co oznacza dla giganta stratę punktu. Dzięki temu rozgrywka jest świetnie wyważona. Razem z Serferem wielokrotnie rozgrywaliśmy dogrywki, szliśmy łeb w łeb, ale… i tak przegrałem. :( Mimo wszystko świetnie się bawiłem i będę oczekiwał premiery!

Skoro jesteśmy przy wąsatym hydrauliku, to czas na poświęcenie chwili system sellerowi Wii U. Nie żartuję, bo Super Mario Maker wręcz przytłacza swoim ogromem  i miażdży wszelką konkurencję. Gdy dorwałem grę , miałem okazję podejrzeć edytor do plansz, który jest bardzo rozbudowany. Można dzięki niemu stworzyć naprawdę niesamowite rzeczy. Do wykorzystania mamy wszystkie obiekty i postacie z pierwszego Super Mario Bros., Super Mario Bros. 3, Super Mario World i New Super Mario Bros. U. Każda z plansz posiada własną grawitację i reguły. Jakie? Na przykład w wersji na Wii U możemy z łatwością wspinać się hydraulikiem za pomocą odbijania się od ścian bądź rur. W poprzednich odsłonach gry nie jest to możliwe. Ponadto możemy uświadczyć w grze postaci niezwiązanych z serią Super Mario. W jednej z plansz miałem okazję biec jako Mario i w pewnym miejscu zdobyć grzybek ze znakiem zapytania, który zmienił mnie w Linka z serii The Legend of Zelda. Jest to bardzo fajny element, gdyż postaci jest znacznie więcej i można zrobić levele nawiązujące do gier wielkiego N. Ponadto na premierę otrzymamy 100 poziomów stworzonych przez Nintendo, z czego większość to totalny masochizm – możecie to również wywnioskować po obejrzeniu tego filmiku – Imposibru! Najlepsza w Mario Makerze jest możliwość dzielenia się swoimi planszami z graczami na świecie! Codziennie będziemy mogli ograć całkowicie nowe mapy, ocenić, podesłać koledze lub koleżance i edytować. PO PROSTU MEGA!

Ostatnią produkcją, o której chciałbym napisać trochę więcej jest Skylanders: SuperChargers. Jeżeli w życiu nie słyszeliście o serii Skylanders, to śpieszę z pomocą. To platformowa gra akcji, która za pomocą specjalnych figurek przywołuje postacie do gry. Każda figurka to inna postać, a do wyboru mamy ich dziesiątki. Miałem okazję ograć poziom wzorowany na starożytnej Grecji, gdzie przywołanym Bowserem biegałem i niszczyłem atakujących mnie przeciwników. Wersja Wii U posiada ekskluzywne dla swojej konsoli figurki ze wspomnianym Bowserem oraz Donkey Kongiem oraz ich pojazdy. Te drugie są nowością w porównaniu do poprzednich odsłon gry – również przywołujemy je za pomocą figurek, a to oznacza więcej wydanych pieniędzy rodziców. Etapy są różnorodne i żaden dzieciak (może także dorosły) nie powinien się zbytnio nudzić. Muszę jeszcze przyznać, że gra graficznie już we wczesnej wersji jest oszałamiająco śliczna.

Chciałbym również wspomnieć o innych grach, które ograłem, ale zostawię to reszcie ekipy. Muszę tylko przyznać, że Blast Ball jest całkiem fajny, tylko nie rozumiem dlaczego uczyniono go częścią serii Metroid. Star Fox jest brzydki graficznie, ale cholernie grywalny. Zeldunia uczy pokory (sold!) i to nieraz, a Amiibo, które były na wystawie (szczególnie Pixel Mario) z pewnością znajdą się na mojej półeczce. Nintendo, widzimy się na Warsaw Games Week, bo na pewno nie odpuszczę Waszych stoisk!

Riona

Na miejsce pokazu Nintendo dotarłam jako pierwsza z naszego towarzystwa i gdy tylko weszłam do budynku na wprost moich oczu znajdowały się stanowiska z The Legend of Zelda: Tri Force Heroes na 3DSa, więc tam się skierowałam. Razem z Metroid Prime: Blast Ball gra ta była prezentowana na największej liczbie konsol, zapewne ze względu na to, że jak sugeruje tytuł, do gry potrzeba trójki współpracujących ze sobą osób (choć ma być też tryb dla jednej). Podczas pokazu zostały nam udostępnione cztery plansze w odmiennym klimacie, które wybiera się poprzez głosowanie. Gdy już miejsce naszych zmagań zostanie ustalone, nadchodzi kolej na dobranie odpowiedniego stroju, ale nie myślcie sobie, że chodzi tu jedynie o aspekt wizualny. Każde z wdzianek ma przypisaną pomocną umiejętność, która na pewno przyda się w rozgrywce. Przykładowo, jeśli widzimy, że na wybranej planszy przyjdzie nam używać bomb, warto odziać się w Bomber Outfit, który ułatwia rzucanie nimi.

Gdy już uporamy się ze wszystkimi ważnymi wyborami, przychodzi pora zabrać się za granie. Na początku każdej planszy gracz wybiera jedną z trzech dostępnych broni, które pojawiają się w różnych kombinacjach w zależności od tego jaką lokację wybraliśmy. Do wyboru mamy łuk, bomby, bumerang i Gust Jar (czyli magiczny garniec, z którego wydobywają się podmuchy wiatru), a oprócz tego każdy dzierży miecz jako wyposażenie standardowe. Cel: przedrzeć się przez loch i pokonać czyhającego na jego końcu bossa! Aby tego dokonać musimy pokonywać przeciwników, pułapki i rozwiązywać zagadki (chociaż to może zbyt górnolotne słowo). Kooperacja w The Legend of Zelda: Tri Force Heroes faktycznie jest trzonem rozgrywki, a nie tylko miłym dodatkiem – aby skutecznie kończyć dane plansze, musimy współpracować z innymi graczami. Przepaść? Dla tak dobrze wyposażonej drużyny to żaden problem. Czerwony popycha niebieskiego przy pomocy Gust Jar na drugą stronę, a ten mu się odwdzięcza przyciągając go bumerangiem. Boss nagle urósł i nie dosięgamy go z poziomu ziemi? Tworzymy totem podnosząc wyżej kolegę z łukiem. Określenie jeden za wszystkich, wszyscy za jednego wyjątkowo się tutaj sprawdza, bo drużynowo tracimy również punkty życia, więc jeśli jeden z graczy zbierze baty, oznacza to kłopoty dla wszystkich. Pozytywnie zaskoczył mnie poziom trudności. Mimo że gra ma design znany z Wind Wakera, któremu nie sposób odmówić uroku, nowa Zelda momentami nieźle nas otrzeźwia pokazując, że nie do końca jest tak cukierkowo i w niektórych partiach rozgrywki naprawdę trzeba się skoncentrować i wykazać zręcznością. Muszę przyznać, że grało mi się w to bardzo przyjemnie, zwłaszcza mając w drużynie Serfera i Noxa, którzy stali obok mnie i na bieżąco mogliśmy wymieniać się ze sobą uwagami, żartami czy też, w momentach walki z bossem, omawiać strategię. Jeśli masz znajomych do grania, można przy tej grze z nimi świetnie spędzić czas. Podczas grania z losowymi ludźmi przez Internet tytuł ten może nieco tracić na swoim uroku, bo wszyscy wiemy, że partnerzy trafiają się różni (zwłaszcza, że można tu wykonać akcję typu: „niechcący” wrzucam swojego znajomego prosto do lawy), nie jest jednak tak, że przez sieć nie da się porozumieć – dostępne są komunikaty obrazkowe, którymi możemy między innymi przywołać współgraczy do danego miejsca.

Chibi-Robo! Zip Lash było nieco wciśnięte w kąt i gdyby nie to, że widniało na naszej liście do zbierania pieczątek, można by było tę grę w tłoku przeoczyć. Jest to platformówka, i jak to z tytułu wynika, kierujemy małym robocikiem, którego nieodłącznym elementem jest kabel z wtyczką na końcu! Wywija nim niczym Indiana Jones pokonując przeciwników, niszcząc elementy otoczenia czy przyciągając się w trudno dostępne miejsca. Ciekawą jego właściwością było też odbijanie się od ścian, dzięki temu po wycelowaniu pod odpowiednim kątem możemy sprawniej i bardziej widowiskowo niszczyć przeszkody na naszej drodze. Bohater gry jest sympatyczny, ale jeśli to komuś nie wystarczy, to raczej grę pozostawi fanom gatunku, bo sama mechanika nie jest zbyt innowacyjna. W zestawie nie zabraknie też figurki Amiibo. Fizyczna wersja robocika przystawiona do konsoli spowoduje, że jego odpowiednik w grze nabierze większej mocy. Przyznam się, że wcześniej o tej serii nie słyszałam, a jej pierwsza część została wydana już dekadę temu na GameCube’a, tak więc miło było odkryć coś dla mnie nowego.

Nox_A15

Znaczna część tytułów została już opisana wyżej, postaram się więc nie powtarzać za mocno po pozostałych. Riona opisała dokładnie nasze wrażenia z Tri Force Heroes, przyjrzyjmy się więc Metroid Prime: Blast Ball na 3DSa, który również stawia na grę wieloosobową. Jako wielki fan Metroida miałem cichą nadzieję, że będziemy mogli wypróbować Metroid Prime: Federation Force. Ma to być czteroosobowy co-op z żołnierzami Federacji z uniwersum Metroida w roli głównej. Wielu fanów krytykuje ten pomysł jako „rozwodnienie” marki – nie jest to długo oczekiwany pełnoprawny Metroid, a do tego nie ma w nim postaci Samus Aran. Miałem nadzieję na rozwianie własnych wątpliwości (bo pomysł na pełen wyzwań co-op w świecie Metroida brzmi kusząco, a Tri Force Heroes określa ciekawy kierunek, którym i ta gra mogłaby podążyć), ale dane nam było wypróbować jedynie wspomniane Blast Ball, czyli rodzaj samodzielnej gry w grze, która ma wchodzić w skład Federation Force.

Czym więc jest owy Blast Ball? To sport, w którym zawodnicy poruszają się po arenie zamknięci w pancerze wspomagane, a właściwie niewielkie mechy. Ich celem jest wepchnięcie olbrzymiej kuli do bramki przeciwnika, więc ponownie po Splatoonie Nintendo udało się zrobić rywalizacyjną strzelankę FPP, w której strzelanie do siebie nie jest głównym zadaniem. To właśnie kulę musimy atakować, aby toczyć ją po arenie. Sęk w tym, aby nie dać się jej zmiażdżyć, gdyż nasze osłony wytrzymują jedynie kilka chwil takiego bezpośredniego zderzenia. Zauważyłem, że istnieje również możliwość atakowania pozostałych uczestników, aby wyłączyć ich na kilka sekund z gry, ale jednym przyciskiem można szybko zablokować celownik na kuli, więc to ona jest zawsze w centrum uwagi. Każda drużyna składa się co najwyżej z trzech osób, a na planszy pojawiają się power-upy, które nas leczą lub dają osłonę zadającą obrażenia pozostałym. Toczenie kuli ułatwia prowadzenie szybkiego ognia, ale broń trzeba co jakiś czas studzić. Można również naładować działo, aby zadać silniejszy cios. To właściwie cała filozofia – jeżeli gra będzie oferowała chociaż drobne urozmaicenia, jak różne areny i maszyny, może będzie można ją polecić osobno. Póki co odnoszę wrażenie, że to jedynie ciekawostka, dodatek do dania głównego.

Przejdźmy do kolejnej serii Nintendo, którą bardzo lubię. A właściwie dwóch, ponieważ postanowiono połączyć światy serii Mario & Luigi z Paper Mario. Tak powstało coś, co już po samym zwiastunie na E3 spowodowało u mnie uśmiech od ucha do ucha, czyli Mario & Luigi: Paper Jam. Jest to już piąta odsłona M&L, w tym druga na 3DSa i jeżeli ktoś nie miał z nią jeszcze styczności – gorąco polecam! Wciągające gry RPG z dużą ilością humoru, zakręconymi fabułami i systemem walki, który łączy podział na tury z wymagającymi zręczności sekwencjami ataków i uników. Dodatkowo w każdej części twórcy bawią się gameplay’em i modyfikują go w ciekawy sposób. Np. w Mario & Luigi: Bowser’s Inside Story na Nintendo DS nasi wąsaci hydraulicy są uwięzieni w ciele Bowsera, niektóre walki toczymy więc ich odwiecznym wrogiem za pomocą pięści i ognia, aby po chwili wessać przeciwników do swojego wnętrza i tam kontynuować starcie za pomocą braci Mario. W przypadku Paper Jam ciekawej otoczki dodaje sam pomysł miksu ze światem z Paper Mario. Nasi bohaterowie poznają papierowy odpowiednik starszego brata, a w trakcie wędrówki np. ratują papierowe Toady, które dosłownie składają się, abyśmy mogli przenieść je w bezpieczne miejsce. Na pewno z czasem w grze pojawia się coraz więcej elementów znanych z „bratniej serii”, wliczając w to ich nietypowe właściwości (papier jest cienki, gnie się, nie lubi wody, co nieraz było pomysłowo wykorzystywane przez twórców z Nintendo w Paper Mario).

Demo składało się z trzech części. W pierwszej mogliśmy swobodnie eksplorować i ratować wspomnianych podwładnych księżniczki, w drugiej walczyć z bossem, a w trzeciej stoczyć bitwę na wielkie papierowe modele wyglądające jak Mario i Goomba. O ile dwie pierwsze wykorzystują wiele elementów już znanych fanom M&L, ta ostatnia wydaje się całkiem świeżym dodatkiem (choć nie grałem w Mario & Luigi: Dream Team, może tam mnie coś ominęło). Obserwuje się w niej akcję z perspektywy trzeciej osoby – armia małych Toadów dźwiga model głównego bohatera, którym następnie szarżuje na modele przeciwników. Wygląda to równie zabawnie jak brzmi i jest przy tym sporo radochy.

Od razu muszę dodać, że nie udało mi się poświęcić grze nawet połowy czasu, jaki bym chciał. Jest tu dużo elementów, które trzeba poznać, zobaczyć, wypróbować i nawet mając konsolkę w ręku wiedziałem, że kilka minut to zdecydowanie za mało i że jedynie „liznę” powierzchnię. Niestety gra otrzymała tylko jedno stoisko (zaskakująco słabo oznakowane, w samym rogu obok Chibi-Robo! Zip Lash), a szkoda, bo według mnie zasługuje na uwagę. Jeżeli opis wydał Wam się interesujący, zapoznajcie się z gameplay’em pokazanym przez Nintendo na E3 – tutaj. To prawdopodobnie dokładnie to samo demo. Po wypróbowaniu go własnoręcznie utwierdziłem się w przekonaniu, że to gra dla mnie.

Na koniec pozostawiłem Star Fox Zero, który zaintrygował mnie podczas E3. Nigdy nie skończyłem żadnej części serii (choć posiadam w swojej kolekcji pierwszą część na SNES-a i swojego czasu grałem trochę w wersję na Nintendo 64), więc prawdopodobnie fani spojrzą na Zero inaczej niż ja, możliwości padleta do Wii U wydały mi się jednak świetnym zestawieniem ze statkami kosmicznymi i zestrzeliwaniem celów. Demko pozostawiło u mnie jednak mieszane odczucia. Z jednej strony czuję tu potencjał na grę, która wraz z rosnącym poziomem trudności może stać się ciekawym wyzwaniem, z drugiej mam wrażenie, że sterowanie jest na tyle złożone, że tytuł ten pozostanie poza zasięgiem casualowych graczy. Choć kto wie, może to nie o nich myślano projektując nowego Star Foxa.

Akcję przedstawiono w dwóch trybach – na ekranie telewizora widzimy statek od tyłu (TPP) a na padlecie w widoku z kokpitu (FPP). W tym drugim możemy ruszać kontrolerem, aby celować z większą dokładnością. W tym samym momencie jednak cały czas sterujemy statkiem za pomocą gałek (prawa np. umożliwia robienie szybkich „Do a barrel roll!”… tzn. beczek), co już na początku wymaga przyzwyczajenia. Do tego stopnia, że szybko dałem sobie spokój z patrzeniem w padlet i skupiłem się na niewpadaniu na przeszkody na głównym ekranie. Warto jednak dodać, że istnieje możliwość szybkiej zamiany tych dwóch widoków, więc w pewnych sytuacjach potrafi to być przydatne. Dodatkowo statek w każdej chwili można zamienić w maszynę kroczącą, ale w demku nie znalazłem dla tego sensownego zastosowania.

Trochę problemów sprawia również sposób prezentowania akcji – ten jest dynamiczny i ciągle się zmienia. Raz lecimy wąwozem i możemy jedynie omijać przeszkody na boki, innym razem krążymy wokół większego placu i musimy zbijać cele jednocześnie orientując się bardziej strategicznie w przestrzeni (tutaj przydaje się namierzanie rakiet na przeciwnikach i robienie pętli, aby szybko ze ściganego zamienić się w ścigającego), a w trakcie walki z bossem kamera zaczyna orbitować wokół wielkiego statku wroga. To też coś, co może wymagać wprawy – w trakcie tej ostatniej sekwencji statek sprawia wrażenie, jakby sam kręcił się wokół wroga, aby dać pole do popisu naszym umiejętnością strzeleckim za pomocą padletu, ale szybko się przekonałem, że jednak wciąż muszę nim skręcać za pomocą gałek. Prawdopodobnie to uczucie zagubienia zniknęłoby po dłuższym posiedzeniu z grą i nabraniu wprawy. Ogólnie moje wrażenia były więc mieszane, ale gra spodobała mi się na tyle, że mam ochotę do niej wrócić i stać się w niej lepszy. Pozostali wspominali już wyżej o przestarzałej oprawie wizualnej gry, ale nieszczególnie mi to przeszkadzało. Dużo bardziej absorbowała mnie chęć opanowania intrygującego sposobu kontroli. Być może to jest właśnie to, co tak bardzo przyciąga mnie do Wii U.

Pora przekazać głos na powrót Serferowi.

nintendo_post_e3_tour_redakcja_1

Myśli końcowe

Podsumowując, zgodnie stwierdziliśmy, że Nintendo Post E3 Tour można zaliczyć do bardzo udanych imprez. Nie było to wielkie wydarzenie, zaprezentowano raptem 11 gier, na miejscu byliśmy może z 6 godzin, ale bardzo miło spędziliśmy czas. Nowości, które udało nam się ograć, w większości są dobrze zapowiadającymi się produkcjami. W imieniu redakcji Inner Worldu chciałbym podziękować Nintendo za możliwość uczestniczenia w tej imprezie.

Autorką zdjęć jest Magdalena „Riona” Późniewska.

Autor: Serfer
Data: 18 lipca 2015, 23:37

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *