»Star Ocean: Integrity and Faithlessness – Recenzja (PS4)

Mam bardzo dziwną słabość do gatunku Space Oper, choć zazwyczaj wybaczam im wiele (niezadowalająca końcówka Mass Effect 3, dziwny kierunek w którym Disney prowadzi serię Star Wars, słabsze sezony i filmy Star Trek) to piąta odsłona kosmicznego cyklu od Tri-Ace ma tyle grzeszków, że naprawdę ciężko mi było się przez nią przetoczyć, choć mechanicznie dawała nadzieję na więcej.

Fabuła zabiera nas na planetę Faykreed IV, gdzie jako Fidel, syn generała królestwa Resulii zostajemy wplątani w wojnę domową, jednak co się później okazuje wspomniany konflikt jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, gdyż wokół rozgrywa się intergalaktyczny spisek, który skupia się na dziewczynce, którą nasz bohater wraz ze swoją przyjaciółką z dzieciństwa – Miką uratowali z wraku statku kosmicznego. Więcej fabuły nie zdradzę, nie dlatego, że nie chcę spoilować (choć w sumie też), ale głównie dlatego, że na tym poletku Star Ocean 5 po prostu nie domaga. Główna intryga jest tak zagmatwana, że naprawdę trudno za nią nadążyć, rozwój postaci nie idzie w żadnym kierunku, ich motywacje są niezrozumiałe przez co bardzo ciężko się z nimi zżyć, dodatkowo podejmują oni bardzo głupie decyzje.

Jak już zacząłem od wad to wspomnę jeszcze o designie otoczenia. Mimo bogatej palety kolorów (gra wyglądałaby super w technologii HDR), świat wydaje się pusty i mała liczba aktywności pobocznej to potwierdza. Poza tym potwory mają predeterminowane spawny, co daje nam arcynurzące połączenie pustki z przewidywalnością. Subquesty to ostatni minus jaki przychodzi mi do głowy. Mają one głębie Metina 2 tj. “przynieś X przedmiotów Y które wypadają tylko z przeciwnika Z”. Można by było ich nie robić, ale wiele przydatnych w późniejszych etapach gry umiejętności odblokowuje się przez ich wykonywanie, a samych zadań jest sporo i mogą nas one wymęczyć w i tak już nudnym świecie gry.

Wyrzuciłem z siebie żółć, która zalegała mi po ograniu tej gry, więc mogę już na spokojnie wspomnieć o elementach gry które mi się bardzo podobały. Na pierwszy plan wysuwa się mnogość mechanik walki, którą produkcja oferuje. Bitwy dzieją się w czasie rzeczywistym, gdzie całe nasze party (do 8 bohaterów) symultanicznie bierze w nich udział, więc w jednym momencie możemy kontrolować tylko jednego członka zespołu, jednakże możemy między nimi przeskakiwać w locie, więc gdy któreś ogniwo naszej taktyki nie domaga, możemy sami je naprawić. Zachowania AI determinujemy poprzez przydzielanie ról w menu gry, a jest ich sporo, najpierw zaczynamy z zestawem podstawowych (healer, buffer, DPS), a wraz z postępem gry odblokowujemy kolejne coraz bardziej złożone, dzięki którym będziemy mieli jeszcze większą kontrolę nad przebiegiem pojedynków. Poza rolami mamy też ogromny wybór unikatowych umiejętności i wyposażenia, dzięki czemu dużą część czasu spędzimy na optymalizowaniu ekipy.

Audiowizualnie gra również daje radę, choć jak wcześniej wspomniałem świat jest pusty, to nadrabia ładnymi krajobrazami, pełnymi jaskrawych barw, które nie męczą. Projekty bohaterów są śliczne, i choć stroje(szczególnie kobiece) są mocno przesadzone, to w ogólnym rozrachunku (tj. w porównaniu do reszty gry) nie są wadą, wadliwy jest za to design przeciwników (wiem, miało już nie być o minusach) który znów przywołuje mi wcześniej wspomniane MMO lat dzieciństwa. Muzycznie mamy tu utwory skomponowane przez Motoi’a Sakurabe, a jest to jeden z tych kompozytorów, których można rozpoznać po samym unikalnym brzmieniu utworów. Uważam, że kompozycje do tej gry były całkiem dobre i przynajmniej one mnie nie nudziły, mimo to jednak nie zapadają w pamięć, choć reżyseria dźwięku była zrobiona poprawnie, gdyż nigdy nie czułem by jakiś utwór był wrzucony na siłę.

Piąty Star Ocean zostawił mnie z mieszanymi uczuciami, bo chciałbym tę grę lubić, ale wątek fabularny jest poprowadzony niepoprawnie, przez co moja wyrozumiałość po prostu nie dała rady. I nawet nie mam pojęcia komu polecić tę grę. Fani serii poczują zawód, bo gra fabularnie reprezentuje sobą tony mułu, nowych graczy odrzuci to samo, oraz uczucie pustki, warto jedynie dla samej mechaniki walki, choć przez długość gry jej kompleksowość ujawnia się bardzo późno, więc mimo wszystko lepiej Integrity and Faithlessness sobie odpuścić.

Plusy
  • Rozbudowana i satysfakcjonująca mechanika walki,
  • Audiowizualnie daje rady.
Minusy
  • Idiotyczna fabuła,
  • Bohaterowie bez polotu
  • Pusty świat...
  • ...a to co ma go choć trochę wypełniać tylko bardziej męczy.

Ocena końcowa: 5+/10

Dziękujemy firmie Cenega za udostępnienie egzemplarza gry!

Autor: Pojler
Data: 15 marca 2019, 17:20

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *