»Summon Night: Swordcraft Story – Recenzja (GBA)

Przygodę z Summon Nights zacząłem nieco dziwnie, bo od drugiej części cyklu, dopiero niemal pół roku później sięgnśłem po pierwszę. Tamta, poza oryginalnym humorem i niezłą grafiką mogła pochwalić się wątkami shoujo – ai, które w grach video nie zdarzają się zbyt często. O jedynce słyszałem, że jest podobna, więc postanowiłem sprawdzić empirycznie. Zaprawdę, powiadam Wam, warto było. Pierwsze Summon Nights to jedno z lepszych jRPG na GBA, z jakimi miałem do czynienia. Ale do rzeczy…

W grze kierujemy mieszkańcem (bądź mieszkanką, gdyż na początku gry wybieramy jedną z dwóch postaci) miasta Wystern, będącego siedzibą rywalizujących ze sobą gildii kowali. W chwili, kiedy rozpoczyna się gra, zorganizowano turniej, który ma wyłonić kolejnego mistrza cechowego. Oczywiście, do turnieju przystępuje także i nasza postać, początkujący craftknight (połączenie zbrojmistrza i wojownika). Wszyscy patrzą nań uważnie, gdyż jest dzieckiem jednego z mistrzów, który trzy lata przed wydarzeniami z gry zginął w nie do końca jasnych okolicznościach. Aby zaś naszej postaci szło lepiej, otrzymuje do dyspozycji Guardian Creature, czyli summona, którego podczas walk może wezwać do pomocy. Zresztą, jak się później okaże, summony przydatne są nie tylko w czasie walk, gdyż mają swoją osobowość, wspomnienia a także uczucia.

Fabuła Summon Nights: Swordknight Story rozgrywa się dwutorowo. Pierwszą warstwą fabularną gry jest rzeczony turniej, w którym bierze udział nasza postać oraz bohaterowie niezależni, a część z nich odciśnie swoje piętno także na dalszych wydarzeniach w grze, choć niektórzy okażą się jedynie postaciami epizodycznymi (jak choćby bliźniaczki). Druga warstwa to dociekanie przyczyn śmierci ojca bohatera (lub bohaterki). Nie trzeba być specjalnie wprawnym graczem jRPG, aby domyślić się, iż oba te wątki w pewnym momencie się zazębią. Zresztą, fabuła Summon Nights do wybitnie odkrywczych nie należy i gdyby to ona miała stanowić o wartości gry, nie oceniałbym tego tytułu tak wysoko. 

Co zatem jest przyczyną takiej, a nie innej oceny? Grywalność. W tytuł ten po prostu dobrze się gra, z różnych zresztą przyczyn. Po pierwsze obszar działania mamy dość mocno ograniczony. Poza rodzinne miasto podróżujemy sporadycznie, a nowe lokacje do obszernych nie należ±. Za to Wystern, przypominające nieco Wenecję, jest całkiem spore (jak na jRPGowe miasta), a jakby tego było mało, pod nim znajduje się labirynt liczący sto pięter. Jest co zwiedzać. Z drugiej strony, dla wielu tak nieduży świat będzie na pewno minusem. Do tego wspomnieć trzeba o systemie tworzenia broni. Nie jest on aż tak rozbudowany jak w Vagrant Story, ale daje sporo zabawy. Broni w tej grze nie kupujemy, ale ją wykuwamy. W tym celu musimy zdobyć składniki oraz instrukcje. Niektóre z instrukcji otrzymamy wraz z upływem fabuły, niektóre dostępne są w subquestach, inne trzeba z kolei zdobyć w walce. Starcia, bowiem, można wygrać na dwa sposoby: odbierając przeciwnikowi HP lub niszcząc jego oręż. Gdy uda nam się to drugie, automatycznie otrzymujemy możliwość wykucia jego kopii. Do dyspozycji mamy miecze, topory, włócznie, świdry i rękawice, po kilkadziesiąt typów z każdego rodzaju tych broni. Wytrwali mogą spróbować zgromadzić pełen arsenał. 

Plusem jest także interakcja z innymi bohaterami. Co wieczór (akcja rozgrywa się na przestrzeni dziesięciu dni) wybieramy się na randkę z jedn± z kilku postaci. Płeć nie ma znaczenia! Tu drobna podpowiedź: jeśli irytują Was wątki homoseksualne w grach, lepiej umawiajcie się na spotkania z bohaterami płci odmiennej i wedle tego samego klucza wybierzcie sobie summona. Jeśli Wam to nie przeszkadza, to grając dziewczyną koniecznie wybierzcie jako summona Sugar . Grając w Summon Night ustawiłem imię głównej bohaterki jako „Utena”, zaś imię Sugar jako „Anthy” (bohaterki klasycznego anime yuri „Revolutionary Girl Utena”). Przez pół gry potem miałem głupawkę wynikającą z przeuroczych dyskusji toczonych przez te dwie postaci (m.in. zwracania się per „master”, mówienia o narzeczonych czy pojedynkach). Choć nie zawsze nadawanie „własnych” imion postaciom w grach wypada dobrze, tu sprawdziło się rewelacyjnie.

Minusy? Prostota i czas trwania. Gdy ukończyłem podstawowy w±tek gry, licznik wskazywał dziewięć godzin. Owszem, są jeszcze dodatki, ale nie każdy ma zwyczaj poświęcać czas grze, gdy odkrył już całą jej fabułę. Walki zaś są proste. Owszem, s± one bardziej zręcznościowe niż taktyczne, ale prawdę powiedziawszy, jeśli dysponujemy arsenałem różnych broni, to w zasadzie nie ma bossa, który by nam mógł sprawić problem. Gra nie zmusza nawet do specjalnego „pakowania”, właściwie tylko w kilku miejscach wypada nieco podnieść poziomy doświadczenia bohaterów. Jedyne, o czym trzeba pamiętać odnośnie walk, to zwracanie uwagi na wytrzymałość własnej broni, gdy bowiem spadnie ona do zera, to broń pęka i musimy sobie wykuwać nowy egzemplarz. Byłoby to znacz±ce utrudnienie, gdyby nie fakt, że po każdej walce wytrzymało¶ć broni wraca automatycznie do początkowego poziomu. Kolejną wadą gry jest niezbyt miła dla ucha, bucząca muzyka.

Sumując, prosta, przyjemna i wesoła gra, idealny przerywnik między kilkudziesięciogodzinowymi tytułami wydawanymi na „duże” konsole. Nie zapada zapewne w pamięć tak jak inne gry, ale daje sporo frajdy. Fanom/fankom yuri/yaoi polecam zaś Summon Nights szczególnie, gdyż te dwie grupy nie są szczególnie rozpieszczane przez twórców konsolowych RPGów.

Plusy
  • Humor
  • Grywalność
  • Spory zasób broni do wykucia
Minusy
  • Prostota
  • Niewielki obszar świata
  • Sterujemy tylko jedną postacią

Ocena końcowa: 7/10

Autor: Grisznak
Data: 4 grudnia 2017, 22:52

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *