»Super Castlevania IV – Recenzja (SNES)

Często czytam, że recenzje starych gier nie mają sensu. Argumenty? Bo się dezaktualizują, bo można je przeczytać już w setkach innych miejsc, bo coś tam. Pierwsze uzasadnienie jest bez sensu – równie dobrze można nic nie recenzować, bo idąc tym tropem dedukcji wszystko będzie kiedyś przestarzałe. Drugie już z kolei ma trochę racji bytu, gdyż o wielu tytułach powiedziano już chyba wszystko. Z drugiej strony zawsze jest ta możliwość, że ktoś ubierze to w słowa lepiej czy ciekawiej (byle nie gorzej!), lub po prostu inaczej. No i część tekstów gdzieś tam mimo wszystko zanika w otchłani dziejów. Tym przydługim wstępem zapraszam Was do lektury.

Super Castlevania IV to pierwsza część serii wydana na konsolę SNES i teoretycznie czwarta część cyklu, na co sama nazwa wskazuje (pomijam wszelakie poboczne popierdółki). W praktyce jest to… remake pierwszej części z wieloma zmianami obejmującymi plansze, bossów czy przede wszystkim mechanikę.

Dla tych, co trafili tutaj przez przypadek i nie są zaznajomieni z tym tytułem powiem tylko, że Castlevania to seria w której obejmujemy kontrolę nad jednym z członków rodziny Belmontów (co jednak w późniejszych częściach niekoniecznie jest regułą) i wraz z naszym wiernym biczem (patrz poprzedni nawias) o uroczej nazwie Vampire Killer rozpoczynamy egzekucję nieumarłych i jeszcze całkiem żywych w drodze do naszego ostatecznego bossa – Draculi (parz dwa poprzednie nawiasy).

Po odpaleniu gry wita nas klimatyczne intro, które wprowadza gracza do fabuły gry, wprowadzamy imię naszego bohatera, pojawiamy się przed bramą zamku, wkraczamy do niego w ostatniej chwili i z marszu rozpoczynamy wycinanie popleczników lorda wampirów.

Pierwsze, co przykuwa nasz wzrok to grafika – fantastyczna wtedy, ale nie tracąca wiele dzisiaj. Zadbano o wiele detali w tle, na które zazwyczaj nie zwraca się uwagi, jak na przykład przemieszczające się chmury czy latające nietoperze. Ponadto w późniejszych etapach mamy pokaz mocy SNES-a, kiedy całe tło dosłownie wiruje.

Graficznie gra pieści oczy, ale nie inaczej jest z dźwiękiem. Soundtrack to małe dzieło sztuki i z tych SNES-owych ustępuje jedynie Chrono Triggerowi i Final Fantasy VI (lub III jak kto woli). Wszelakiej maści efekty dźwiękowe również nie odstają poziomem, ale jednak człowiek głównie wsłuchuje się w te cudne melodie, z których większość to aranżacje już istniejących utworów – ale za to jakie!

Przystawki podane, więc czas na danie główne – czyli rozgrywkę. Nie uległa ona specjalnym zmianom, dalej idziemy przed siebie po kolejnych planszach byle do przodu. Jest to coś, co potem stety/niestety znika w serii na rzecz Metroidvanii. Największą i najlepszą zmianą jest kontrola postaci i bicza. Wreszcie czujemy naszą postać, skoki są bardzo dokładne i możemy w locie zmieniać ich kierunek by doprecyzować gdzie wylądujemy. Biczem natomiast możemy atakować w każdym kierunku co niebotyczne ułatwia grę. Nie oznacza to jednak, że ta jest prosta, o nie. Poziom trudności stoi na odpowiednim poziomie,  tytuł pozbawiony jest tych wszystkich pseudo-utrudnień z gier NES-owych. Wszystkie zgony to wina nasza, a nie sztucznego poziomu trudności – no, może paroma momentami. Nasz bicz nie ogranicza się tylko do ataków, będzie on nam często służył do przeskakiwania nad większymi przeszkodami. Fajna mechanika, ale właściwie do końca gry miałem problem z jej sensownym zastosowaniem i często spadałem, chociaż być może to wina moich dość wyeksploatowanych padów. Z innych ciekawostek: możemy przemieszczać się kucając oraz poruszać się po schodach jak Michael Jackson.

Ale nasz arsenał nie ogranicza się do samego bicza. Możemy rzucać nożami, toporami czy wodą święconą – przedmiotami znanymi już z poprzednich części. Również bez zmian wygląda zbieranie „amunicji” do tych broni, którą ponownie są serduszka znajdowane w świeczkach czy resztkach naszych przeciwników, życie zaś tradycyjnie odnowi nam wieprzowina i drób kryjące się w ścianach. Mięsko znajdujemy rzadko, ale jeszcze rzadziej wpadniemy na ulepszenia naszych dodatkowych broni, dzięki którym możemy ich wyrzucić po dwie czy trzy równocześnie – w przeciwnym wypadku dysponujemy tylko jedną sztuką, której w dodatku możemy użyć ponownie dopiero wtedy, jak wyleci poza ekran. Warto dodać, ze przedmiotów nie używamy już za pomocą niewygodnej kombinacji „góra” i „atak”, a po prostu osobnym przyciskiem, co często okazuje się być zbawienne.

„Czwórka”, tak jak jej poprzedniczki, podzielona jest na etapy (dwójkę przemilczmy, chociaż gdy piszę te słowa to za oknem mam”morning sun has vanquished the horrible night”), które to podzielone są zazwyczaj na kilka sektorów. Mamy trzy życia i nielimitowaną liczbę kontynuacji. Gdy zginiemy, cofamy się na początek sektora natomiast w wypadku skończenia się żyć zaczynamy cały etap od nowa. Pod koniec gry mamy jednak małe odstępstwo od reguły i gdy czeka nas mały maraton bossów, po śmierci kontynuujemy od przeciwnika, na którym skończyliśmy i nie musimy bić wszystkiego od początku.

Czy gra dzisiaj się broni? Jak najbardziej! Dla fanów serii jest to pozycja wręcz obowiązkowa. Niestety fizyczna kopia jest dzisiaj dosyć droga, ale z pomocą przychodzi Virtual Console na Wii U i dosyć znośna cena. Dla mnie „Czwórka” to po „Symfonii” najlepsza część cyklu, od której do dzisiaj wiele gier mogłoby się uczyć.

Plusy
  • Pełna kontrola nad postacią i biczem
  • Oprawa AV
Minusy

Ocena końcowa: 9-/10

Autor: CELL767
Data: 14 sierpnia 2015, 09:36

Komentarze na temat “Super Castlevania IV – Recenzja (SNES)”

  1. anonimowy bywalec napisał(a):

    >Niestety fizyczna kopia jest dzisiaj dosyć droga, ale z pomocą przychodzi Virtual Console na Wii U

    albo koledzy, którzy ową kopię recenzentowi pożyczą

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *