»The World Ends With You – Recenzja

Jak pies do jeża

The World Ends With You był moim pierwszym jRPG na konsolę przenośną Nintendo DS, nie będącym konwersją klasycznego tytułu. Muszę przyznać, że do tej gry podchodziłem zarówno z ciekawością, jak i dystansem. Recenzje czytałem bardziej niż pozytywne, co więcej – tworzyli tę grę ludzie, którzy stworzyli inny hicior – Kingdom Hearts. Z drugiej strony obawiałem się mocno, że gra może być mocno przereklamowana. Jak powszechnie wiadomo oceniać należy po zagraniu w dany tytuł, co też uczyniłem. Włączyłem DSa, odpaliłem grę i…

Gracze z różnych subkultur się integrują.

Gracze z różnych subkultur się integrują.

Lekko mnie zamurowało

Cóż, przyznam się bez bicia, że oglądałem jak najmniej trailerów i obrazków z gry, by nie psuć sobie zabawy. Pierwsze, co mnie zaskoczyło to setting i oprawa graficzna. Żadnych światów alternatywnych, tylko dzielnica Tokio, krótkie wprowadzenie, emowaty bohater, tajemnicza przypinka, dziwny SMS z misją, a zaraz potem atak agresywnych żab. Sam z początku nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Przeczuwałem tylko jedno – albo to będzie hicior wszechczasów, albo wpadka roku. Całe szczęście okazało się, że to pierwsze przeczucie było trafne. Gra okazała się genialna, a zdecydował o tym jej całokształt. Ale od początku, wszak całokształty mają to do siebie, że posiadają elementy składowe.

Fail and face erasure

O świecie, czy raczej dzielnicy w TWEWY ciężko powiedzieć cokolwiek, co nie byłoby spoilerem psującym rozgrywkę, więc będę musiał się bardzo postarać. Już na początku widać, że twórcy postawili na ciekawe rozwiązania – miejscem akcji nie jest cały świat. Ba, nawet nie kontynent, wysepka, czy chociaż miasto. Rzecz dzieje się w Shibuya – dzielnicy Tokio. Od świata rzeczywistego odróżnia ją jednak kilka rzeczy. Po pierwsze – bohaterowie nie są widoczni dla zwykłego obywatela. Po drugie – tajemnicze potwory. Po trzecie – równie tajemniczy Reaperzy, dybiący na życie biednych bohaterów. Po czwarte – zasady tzw. Gry. Nasi bohaterowie są w niej Graczami. Muszą wykonywać misje zlecone przez Reaperów. Porażka oznacza odesłanie w niebyt. Przyznam, że taki pomysł na jRPG ucieszył mnie wielce. Żadnego ratowania świata przed wielkim mrocznym Overlordem, palącym księżniczki, uprowadzającym inwentarz i mordującym domostwa. Tu po prostu bohaterowie muszą uratować swoje zacne cztery litery, a droga do tego szczytnego celu odległa i zawiła. Fabuła została poprowadzona przez twórców kapitalnie. Nastrój i klimat budowany jest stopniowo, kolejne wątki i tajemnice wprowadzane są jak należy, a człowieka nieraz mocno zaskoczą zwroty akcji. Brawa dla twórców należą się za fakt, że, pomimo akcji umieszczonej w Japoni,i gra jest tylko w niewielkim stopniu hermetyczna. Większość jej aspektów potraktowano na tyle uniwersalnie, że spokojnie może w nią zagrać zarówno Europejczyk jak i Amerykanin i w wielu miejscach poczuć „swojski” klimat. Warto też dodać, że miejsce akcji jest niemal w stu procentach wzorowane na autentycznej Shibuy’i.

Otwórz się na świat

Nie od dziś wiadomo, że DS oferuje duże możliwości jeśli chodzi o rozgrywkę w trybie multiplayer. TWEWY wykorzystuje je w sposób zacny. Za pomocą tzw. Mingle Mode można kontaktować się z innymi osobami używającymi DSa, bądź grającymi w TWEWY, a także kupować i sprzedawać wybrane przedmioty. Drugą metodą na interakcję z innymi graczami jest minigierka Tin Pin Slammer. Obydwa sposoby kontaktu procentują specjalnymi bonusami, zatem, jeśli masz w pobliżu znajomego bądź rodzinę z konsolką, warto z tych opcji korzystać.

Lightning Bolt, wybieram cię!

Mechanika gry wydaje się być prosta, co nie oznacza, że posysa na całej linii. Wbrew pozorom jest ona genialna w swojej prostocie. Ale zacznijmy od tego, co tygrysy lubią najbardziej, czyli broni. Nie uświadczymy tu mieczy, toporów, dzid, harpunów, gunblade’ów, łuków, pukawek i innych cudów techniki militarnej. Do dyspozycji mamy tylko – albo aż przypinki za pomocą których główny bohater może wyzwalać rozmaite moce, których jest ponad kilkadziesiąt. Bohater może m.in. ciskać ognistymi kulami i piorunami, wywoływać trzęsienia ziemi, tudzież strzelać Niszczycielskim Promieniem. Przypinki ogólnie można podzielić na bojowe, leczące i pasywne, które wspierają bohatera bądź szkodzą wrogom. Podczas walki można ich nosić maksymalnie sześć. Żeby nie było za łatwo, twórcy wprowadzili pewne ograniczenia. Każda przypinka należy do określonej klasy: Angel, Reaper, A, B, C i brak. Dla przykładu nie można mieć w zestawie dwóch przypinek klasy Angel bądź Reaper, natomiast „bezklasowe” nie mają żadnych ograniczeń w tej kwestii. W kwestii statystyk przypinki mają ich bardzo dużo, o niebo więcej niż same postacie. Siła, typ mocy, ilość użyć, czas wymagany do ponownego użycia przypinki w boju – to tylko nieliczne z nich. Warto dodać, że część z nich tworzy specjalne zestawy o potężnej mocy. Wbrew pozorom złożenie skutecznego decka do walki nie jest takie proste i trzeba się nakombinować. Możliwości jest jednak bardzo dużo – przypinek jest ponad 300 – zatem każdy znajdzie ulubioną kombinację dla siebie. Zdobyć można je na trzy sposoby: kupić w sklepie, zabić potwora, bądź zdobyć za ukończenie misji. Warto też wspomnieć, że niektóre przypinki mogą ewoluować, tworząc nowe, lepsze i potężniejsze, często niedostępne w sklepie bądź walce.

Hmm, co by tu dzisiaj założyć…

Ale nie samą bronią człowiek żyje. Pora więc przejść do zbroi, czy też w tym przypadku ubrań. Podobnie jak w przypadku przypinek jest ich całe mnóstwo. Mamy do wyboru cały zestaw czapek, spodni, sukienek, spódnic, akcesoriów czy garniturów. Każde z ubrań bądź akcesoriów może podnieść lub obniżyć siłę ataku, obrony i ilość punktów życia. Posiadają również specjalne zdolności, takie jak np. odporność na paraliż czy rozbudowanie drzewka combo u partnera. Zdobyć je można jedynie kupując w sklepie bądź wykonując misje. Warto dodać, że warunkiem do założenia danego ubrania nie jest rasa, klasa czy nawet – o zgrozo – płeć. Trzeba jedynie posiadać wystarczająco wysoki wskaźnik odwagi. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby postać płci męskiej zabawiła się w transwestytę i założyła damskie ciuszki. Bardzo mi się spodobał manewr twórców polegający na tym, że bazowo płeć piękna ma znacznie wyższy wskaźnik odwagi niż faceci. Coś w tym jest – w świecie rzeczywistym kobieta bez problemów założy męskie ciuchy. Natomiast facet… Cóż, musiałby być szalony, epicko odważny, lub mieć nietypowe upodobania.

Różowa Reaperka chce trochę podręczyć Graczy

Różowa Reaperka chce trochę podręczyć Graczy

Kto powiedział, że fast foody są niezdrowe?

Statystyki postaci nie należą do szczególnie rozbudowanych. Mamy jedynie siłę ataku, obrony, ilość punktów życia, stopień synchronizacji, odwagi oraz, oczywiście, poziom doświadczenia. Punkty życia i odwagi można rozwijać na dwa sposoby: podnosząc poziom doświadczenia, lub zjadając odpowiedni typ pożywienia. W przypadku siły ataku i obrony mamy tylko tę drugą opcję do wyboru. Podobnie jest ze stopniem synchronizacji – z jednym wyjątkiem – podwyższa się przy rozpoczęciu jedzenia. Żywność można zdobyć w sklepie, bądź wykonując misje. Każdy typ pożywienia charakteryzuje się charakterystyczną dla siebie liczbą „ugryzień” potrzebnych do spożycia i – w wyniku tego – uzyskania korzyści, w postaci podbicia żądanego wskaźnika u postaci. Ilość ugryzień zmniejsza się po każdej wygranej walce. Żeby nie było za łatwo, twórcy i tutaj wprowadzili ograniczenie – w ciągu jednego dnia rzeczywistego można „ugryźć” jedynie 24 razy. Zatem jeśli się zjadło powiedzmy hot doga, do którego skonsumowania potrzebnych było 16 ugryzień, nie możemy już tego dnia zjeść kolejnego. Wyjątek stanowi żywność, do której zjedzenia wymagane jest do sześciu ugryzień.

O bestyjkach prawie wszystko

O bestyjkach prawie wszystko

Szok! Nie muszę pakować postaci! I prawie nie ma random encounterów!

Nie ukrywam, że jest to jedna z największych zalet spośród ich całego wachlarza, jaki TWEWY ma do zaoferowania. Jak świat światem, ciężko było pogodzić rasowych pakerów i ludzi, którzy od dopieszczania statystyk postaciom woleli iść do przodu z fabułą. Jak było za łatwo, marudzili ci pierwsi. „Co to ma być? Ja tu pakuję w pocie czoła, a mój team spacerkiem rozwala głównego bossa”. Z kolei jak było za trudno psy na twórcach wieszali ci drudzy „Rany boskie, ile czasu muszę jeszcze tracić na to cholerne podpakowanie postaci? Chcę zobaczyć, co dalej, a ten pieprzony boss robi z mojej drużyny mielonkę!”. Twórcy zaoferowali iście salomonowe rozwiązanie. Do wyboru mamy z biegiem czasu cztery stopnie trudności: Easy, Normal, Hard i Ultimate. Miłośnicy aspektu fabularnego mogą więc sobie włączyć łatwy bądź normalny poziom i bez katowania postaci przymusowym nabijaniem doświadczenia na potworkach, spokojnie przejść grę. Natomiast pakerzy, którzy każdą postać muszą mieć na sterydach, mogą włączyć trudny lub najcięższy poziom i radować się epickim powerem swoich podopiecznych. Jeszcze mało? Można tymczasowo obniżyć poziom doświadczenia i wyzwanie staje się większe. Twórcy zastosowali również inny, ciekawy manewr. Otóż niemalże nie ma, doprowadzających niejednego gracza do szewskiej pasji, random encounterów. Żadnych walk co pięć kroków. To gracz wybiera gdzie, kiedy i z jaką grupką potworów chce się zmierzyć. Wprowadzone jest również kolejne udogodnienie: nie trzeba każdej walki staczać pojedynczo. Można, na przykład, wybrać, ze chce się walczyć z kilkoma grupami potworów. Wówczas, zamiast klasycznego podliczenia zdobytego łupu i doświadczenia po jednej walce następuje ono po kilku. Plusem kontraktowania kilku starć pod rząd są, między innymi, szybsze walki i większa szansa na zdobycie upragnionej przypinki z potwora. Minusem – z każdym kolejnym starciem stworki stają się coraz silniejsze.

Oryginalny system walki

Rozpoczynając grę w TWEWY zastanawiałem się, z jakim systemem walki będę miał do czynienia. Tutaj również twórcy mnie zaskoczyli na potęgę. Pierwsze, co mnie zdziwiło, to ilość postaci w drużynie – tylko dwie. System walki rozwiał jednak moje mroczne myśli i zaskoczył wielce – w sensie pozytywnym. Doskonale wykorzystuje możliwości, jakie oferuje Nintendo DS. Walka dzieje się w czasie rzeczywistym, ale nie na jednym, tylko dwóch ekranach jednocześnie. Na ekranie dotykowym steruje się głównym bohaterem. Walczy się nim za pomocą mocy wyzwalanych z przypinek, które aktualnie nosi. Żeby to zrobić, trzeba – w zależności od przypinki – dmuchnąć w mikrofon bądź wykonać odpowiedni manewr stylusem. A możliwości jest sporo. Odpowiednie dobranie przypinek, żeby zgrać ataki to połowa sukcesu. A nie jest to wbrew pozorom łatwe. Na górnym ekranie walczy zaś partner głównego bohatera. Zasady walki siłą rzeczy w tym przypadku są inne. Partner nie używa przypinek, tylko wyprowadza combo za pomocą krzyżaka, lub – w przypadku leworęcznych graczy – przycisków ABXY. Przed atakami chroni się natomiast blokiem. Z początku system może wydać się początkującemu graczowi w TWEWY nie do ogarnięcia. Twórcy znaleźli i na to sposób. Osoby ze słabą podzielnością uwagi mogą włączyć dla postaci z górnego ekranu sterowanie automatyczne, dzięki czemu mogą się skoncentrować na dolnym ekranie. W razie potrzeby można przejść oczywiście na sterowanie ręczne.

Reaper z bardzo rzadkim fetyszem - matmofilią

Reaper z bardzo rzadkim
fetyszem – matmofilią

Nie ma dobrych i złych

Muszę przyznać, że gdy zobaczyłem Neku, głównego bohatera, moją pierwszą reakcją było „O nie, kolejny klon Clouda. Ma spiczaste włosy! I też emuje, i nic nie pamięta. Żeby tylko nie miał wielkiego miecza…”. Całe szczęście pierwsze wrażenie okazuje się mylne. Nie będę psuł zabawy spoilerami, więc powiem tylko tyle, że kalką Clouda główny bohater nie jest. Pozostałe postacie pierwszoplanowe są również sympatyczne i w większości dają się polubić, a niektóre niejednokrotnie gracza zaskoczą. Wielkie brawa dla twórców należą się za postacie „negatywne”. W cudzysłowiu – gdyż praktycznie żaden z nich nie jest zły w szablonowym tego słowa znaczeniu. Liczne są również postacie drugoplanowe. O większości z nich nie wiadomo zbyt wiele, ale dobrze uzupełniają świat gry. Jedynym bardziej widocznym – acz wciąż niewielkim – zgrzytem w charakterach postaci, jaki można dostrzec, jest fanserwis yaoi – zapewne obliczony na podwyższenie sprzedaży. Na całe szczęście jest go niewiele.

Co widzimy i słyszymy

Z początku ciężko mi było przyzwyczaić się do oprawy graficznej. Jednak z biegiem czasu zacząłem ją lubić, a potem uznałem, że jest wyjątkowa i doskonale pasuje do klimatu prezentowanego w grze. Przyczepić się można jedynie na upartego do chara designu niektórych postaci oraz nielicznych przykładów – i tak niezbyt nachalnego – fanserwisu. Za to muzyka jest klasą samą w sobie. Kawałki j-popowe, j-rockowe i hip-hopowe znakomicie pasują do klimatu w grze – a mówi to człowiek, który wyżej wymienionych gatunków nie zalicza do ulubionych. Kolejne już – nie zliczę, które – brawa dla twórców.

Zrywa kask i wgniata w ziemię

Co tu dużo mówić – szał i czad. Najlepszy jrpg na Nintendo DS i jeden z najlepszych ogólnie. Całe mnóstwo zalet, a wad niemalże brak. Owacje na stojąco dla twórców, że zaryzykowali i postawili na oryginalność, mimo że wytarte klisze są kuszące. Gra jest wyjątkowa i z pewnością zajmie swoje zasłużone miejsce w kanonie legend. Jej sukces to zbiór małych sukcesików – nie przesądziła o nim sama fabuła, grafika, postacie czy mechanika gry. Przesądził całokształt. Oby więcej takich gier.

Na plus:

  • klimat!
  • oryginalne rozwiązania
  • oferująca mnóstwo możliwości mechanika
  • dynamiczny system walki
  • brak random encounterów
  • mnóstwo multiplayerowych drobiazgów
  • całokształt

Na minus:

  • niepotrzebne przypadki taniego fanserwisu

Ocena końcowa: 10/10

Autor: Szaman Fetyszy
Data: 17 kwietnia 2014, 18:33

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *