»Ućkon 4 – Relacja

Chyba każda moja relacja z łódzkich konwentów zaczyna się od tego samego, czyli wspomnienia jednego z pierwszych konwentów na jakim byłem, a mianowicie Funekaiu. Nie inaczej jest tym razem, ponadto mam ku temu dodatkowy powód. Teraz dosłownie przeniosłem się w czasie bo czwarta edycja Ućkonu odbywała się w tej samej szkole co wielokrotnie przypominany przeze mnie konwent. Jak udał się powrót do tej szkoły po blisko 10 latach? Zapraszam do lektury.

Pierwsze co mi się rzuciło w oczy podczas docierania na miejsce to to, że… nic się nie zmieniło. Okolicę rozpoznałem bez problemu, szkoła z zewnątrz wciąż straszy, jedynie wnętrze w niektórych miejscach trochę lepsze. Jednakże nie przyjechałem tu zwiedzać, a cieszyć się konwentem. Co mi się spodobało już na starcie to akredytowanie ludzi za wczasu, co by potem mogli już bez problemu wchodzić na teren imprezy. Sam proces akredytacyjny trochę trwał, przynajmniej na początku imprezy. Co otrzymałem na wejściu? Przypinkę, malutkiego identa na smyczy, informator, a także dość niecodzienne gadżety jak pałeczki czy… ciasteczko z wróżbą. Po zdobyciu niezbędnika konwentowicza udałem się w poszukiwaniu sleeproomu. Tych nie brakowało, a mimo to ludzie tłumnie rozkładali się na korytarzach. Cóż dzięki temu w moim sleepie było może z dziesięć osób i mnóstwo miejsca, nie będę narzekał.

Mając chwilę dla siebie zajrzałem w informator. W nim znajdowały się opisy atrakcji, szczegółowy plan, mapka okolicy oraz samego konwentu. Do dyspozycji konwentowiczów oddano trzy piętra i piwnicę chociaż w tym ostatnim było tylko fotostudio i sleep room (ponownie sporo ludzi wybrało korytarz), no był też vipowski sleep i pomieszczenie ochrony ale to raczej nie dla zwykłych uczestników. Parter to rozrywki bardziej elektroniczne jak Ultrastar, konsolówka, DDR. W głębi szkoły czekał też main oraz spora sala z planszówkami i grami japońskimi. Tutaj też mieścił się jeden z bufetów. Mówię jeden, bo na pierwszym piętrze wśród sal z atrakcjami był kolejny. Do tego kilka punktów gastronomicznych znajdowało się na korytarzu. Warto docenić fakt, że Tanzaku pamiętało o tym, że mają konwencję i według niej nazwało sale. Na samej górze zaś mieściły się sleeproomy, co raczej nikogo nie dziwi. Nie brakowało też wystawców, którzy zajęli głównie drogę do maina, ale trochę było ich też pomiędzy salami z atrakcjami. Co rzuciło mi się w oczy to mnóstwo atrakcji na mainie, co mnie osobiście zawsze cieszy, bo pamiętam czasy jak działo się tam coś więcej niż tylko cosplay i próby do niego.

Pierwszą atrakcją na, którą się udałem były growe kalambury. Mnóstwo śmiechu, tona zabawy i wspaniały towarzysz w drużynie (co to nie rozpoznał rycerza) [Każdemu się może zdarzyć :/ dop. Mkali.] Mimo to udało się zdobyć drugie miejsce. Potem nadszedł czas na tradycyjne, jak ja to nazywam -chłonięcie atmosfery konwentu. Czyli rozmowy z dawno nie widzianymi znajomymi, poznanie terenu konwentu, bądź wędrówka po stoiskach, dzięki czemu mogliście przeczytać wcześniejszy akapit. Nie oznacza to, że na konwencie nic się nie działo o nie. Atrakcji nie brakło, już na starcie były wiedzówki z popularnych Boku no Hero Academia czy Shokugei No Soma, animcowe kalambury niezastąpionego Nozetsu czy chociażby pokaz Kendo.

Kolejnym interesującym  mnie punktem programu była obecna sytuacja konwentowa w Polsce. Niestety nie jeżdżę już na minimum dziesięć konwentów rocznie, więc z chęcią posłucham opinii ludzi, którzy byli tam gdzie mi nie udało się dotrzeć. Myślałem, że znam mniej więcej wszystkie aktualnie odbywające się imprezy w kraju ale jak się okazuje jest ich jednak trochę więcej. Niby panel trwał dwie godziny ale tradycyjnie zabrakło już trochę czasu by omówić temat dokładniej. Może innym razem. Następnie udałem się na zyskujące, co raz większą popularność fandomowe bingo. Super zabawa, szczerze polecam, tona śmiechu i mnóstwo taktyki i w końcu po blisko roku upokorzeń udało mi się w końcu wygrać! [Jakimś cudem! dop. Mkali] Mając chwilę wolnego udałem się na odpoczynek do sleeproomu. Tam kuriozalna sytuacja. Przybył ktoś z obsługi i rozkazał wręcz iść wszystkim na maina. Myślałem, że coś się stało, okazało się, że „tylko” zapraszał na dyskotekę bo nie było chętnych… Mając w perspektywie długi nocny maraton przetestowałem konwentowe prysznice, a tam cud, brak kolejek i nawet czysto. Podobnie wyglądały łazienki, w których tylko lub aż często nie działały drzwi od kabin. Generalnie ekipa dbała o porządek w tych newralgicznych miejscach.

Nadszedł czas na maraton growych nocnych atrakcji. W skrócie: wstyd na konkursie Nintendo oraz wygrane na ostówce i zakrywance. Ogólnie poszło mi całkiem nieźle, a i konkurencja była całkiem spora, jak na tak nieduży konwent. Krótka drzemka w niemal pustym sleepie (wciąż nie dowierzam) i udałem się na dwa panele growe o konsolach nintendo, a mianowicie Wii U oraz Switchu. Generalnie nie doszliśmy do żadnych odkrywczych wniosków. Konwent zbliżał się ku końcowi, więc pozostało mi tylko pożegnać się ze wszystkimi, spakować i wracać na swoją północ po wyczerpującym (byłem w Łodzi kilka dni przed konwentem) pobycie.

Czy warto było pojechać? Moim zdaniem jak najbardziej! W zeszłym roku było trochę słabo, w tym niemal non stop siedziałem na atrakcjach ucinając sobie jedynie krótką drzemkę nad ranem. Pewnie, nie było to to samo co duże konwenty i czasem brakowało tego czegoś, ale jednak te mniejsze imprezy mają w sobie te inne coś. W przyszłym roku, jeśli będzie taka możliwość to też zawitam!

Autor: CELL767
Data: 21 maja 2017, 11:33

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>